Trzy biegi, dwa koła, jeden hamulec i brak wymówek.
Great Lakes Gravel w wersji ULTRA to pięćset kilometrów dookoła Mazur po szutrach. Wyścig jak najbardziej współczesny, kierowany do właścicieli graweli. No i do mnie, bo zapał mam do wszystkiego, rower do niczego i lubię testować granice. Swoje i sprzętu, ale przede wszystkim tego co się ludziom w głowach mieści.
Na starcie pojawiłem się z moja Gravelle czyli miejską Gazelle Van Stael przebudowaną na retro przełajówkę. Wymontowałem z niej siedmiobiegową piastę, bo to za dużo przełożeń, po co to komu. Zamontowałem trzybiegowy Sturmey Archer, który daje piękną prostotę: bieg wolny, zwykły i szybki. Prostą kierownicę zamieniłem na baranek na długim mostku. Zamontowałem przedni hamulec szczękowy i zostawiłem tylne torpedo. Zleciłem profesjonalny bikefitting.
Aby reprezentować sprawę godnie ubrałem się w wełniane spodnie wizytowe, bawełniane podkolanówki jeździeckie, merynosowy podkoszulek i takiż sweter. Kask miałem miejski, acz współczesny, podróbkę klasycznego Thousanda… którego współcześni zawodnicy grawelowi muszą chyba nie kojarzyć, bo pytali czy dostałem go w spadku po dziadku z WH.
Spakowałem chleb, cukier, daktyle i wodę. 50 g węglowodanów i 350 ml wody na godzinę. Zaopatrzony byłem na 8 godzin, czyli jakieś 120 kilometrów. Później musiałem liczyć na sklepy.
Na starcie wzbudziłem niemałe zainteresowanie i pomyślałem sobie, że to chyba najtańszy marketing z możliwych. Moja gazelka, kupiona za 666 zł, stała pośród karbonowych potworów dwa rzędy wielkości droższych, a cały wzrok był tylko na niej.

Ruszyliśmy! Droga prowadziła przez Mikołajki, asfaltem i potem szutrem. Wyprzadzili mnie wszyscy, uciekali w tumanach kurzu. Krajobraz był piękny, a poranek przyjazny z wiatrem w plecy. Mknęliśmy po wybojach i dziurach, czterdzieści pięć na godzinę na zjazdach i pięć na godzinę na podejściach. Na trzydziestym kilometrze wyprzedziłem dwóch jegomości, którzy sprawę traktowali ewidentnie rekreacyjnie. Trzask mojego roweru (a trzeszczał coraz bardziej!) dogonił ich, objechał i zostawił za sobą. Robiło się coraz dziwniej.
Zaczynałem się martwić, czy tydzień przed startem nie uszkodziłem sterów. Spadłem wtedy podczas treningu z siodła, przydzwoniłem kroczem w ramę i główka sterowa zaczęła trochę trzeszczeć. Teraz trzeszczała bardziej, a rower chciał już jechać tylko prosto. Zjechałem na pobocze.
Przez kilka chwil nie rozumiałem na co patrzę. Klocki hamulcowe się wykrzywiły? Z Gravelle zrobił się chopper?
Z Gravelle zrobił się chopper! Przednie koło wysunęło się na dobrą stopę wprzód, a w wygiętym widelcu ziały dziury. Koniec imprezy. DNF. Kaputt. Pięćdziesiąt trzy kilometry na liczniku. Trzy godziny na zegarku. Dopiero zaczynam się rozgrzewać, czuję jak mięśnie gotują się do wysiłku! Nie rozumiem, nie dowierzam. Wszystko to zrobiłem, żeby teraz wyszło, że stary rower się na wyboje nie nadaje? A jeszcze mam tyle żaru w piecu…
– O kurwa – przyjechał facet cały ubrany w lajkrę i rzecz nazwał po imieniu.
– Kurwa – zgodziłem się.
– Calowy ster?
– Calowy.
– Ty wiesz co? Może tu mają we wsi jaką kozę.
– Co mają?
– Kozę. Ludzie tu mają takich rowerów na pęczki po stodołach pochowanych. Może ktoś cię poratuje widelcem.


Szedłem pod prąd. Mijałem zakręty i wzniesienia przed chwilą objechane na rowerze. Na szczycie pagórka stali jegomościowie, których mijałem wcześniej. Jeden gryzł bułkę, drugi pomidora.
– Wiesz co, może jedź do Giżycka? Do warsztatu? My tu stąd. Znamy taki jeden dobry, mają też stare rowery. Zadzwonić?
Kilometr dalej leżałem na ławce peronu kolejowego. Słońce grzało mi twarz, do przyjazdu pociągu półtorej godziny. Pracownicy budowali drogę, koparka przerzucała piach, pod wiatą dokazywała trzydziestoletnia kobieta. Miała dżinsowe spodnie o wysokim stanie i białą bluzkę. Machała do przejeżdżającej lokomotywy, podskakiwała opowiadając coś dwóm pozostałym. Stała i patrzyła na mój rower, na moje zwisające z ławki nogi.
– Naprawiłem panu rower, ale nie będzie pan zadowolony.
– …
– Widzi pan tę stertę widelców? Nie mogliśmy żadnego dopasować. Albo za mało miejsca na oponę albo gwint za krótki. Ten jeden się udało spasować, ale pan zobaczy. To od mniejszego roweru jest.
Nad oponą widzę jakieś 2 mm prześwitu.
– … i nie da się już zamontować hamulca z przodu.
– Ale że jak.
– No nie da się. Ale ma pan tylny.
– Ale to tylko torpedo jest.
– No i super. Przecież to nie wyścig MTB. Tylko musisz, musi pan, pamiętać, że droga hamowania inna. No ale da sobie pan radę. Tylko hamować wcześniej, bo to nie to samo.

Jadę. Gdyby nie zapał tych ludzi… Zdzwonili, wymienili i pozabierali wszystkie wymówki. Jadę! Straciłem jakieś 70% siły hamowania. Torpedo to hamulec nożny, taki jaki miałem w Romecie w latach 80. Deptało się, stawało na hamulcu na pełnym rozpędzie i wchodziło w zakręt uślizgiem tylnego koła. Najlepiej w kurzu, na żwirze, szutrze. Grawelu… Torpedo oprócz tego, że lubi się blokować i doprowadzać do poślizgu, lubi też się przegrzewać. Smar może się zagotować, piasta zatrzeć i strzelić z hukiem. Może stracić siłę hamowania na długim zjeździe. Może też zniknąć możliwość hamowania w ogóle, gdy spadnie łańcuch. Ale jadę.
Na naprawę straciłem ponad cztery godziny światła i mrok zastaje mnie o wiele wcześniej. W Węgorzewie, w drobnym deszczu, który chciwie pije mój wełniany strój, kupuję wodę i chleb. I jadę przez noc, otulony ciemnością, z płatem rozświetlonych kolein, zarysami drzew na szarym niebie, ze zbliżającą się sowiecką granicą.
Droga z płyt betonowych wije się i pnie bez przerwy w górę. Idę. Taka moja strategia na ten rajd, że jak prędkość jazdy spada poniżej 10 km/h, to zeskakuję z roweru i idę pod górę. Góra nie chce się skończyć, ale kończą się baterie w lampce. Idę w szary mrok nocy, lampa ładuje się w sakwie… W dół także niestety idę! Strategia moja jest taka, że może o ile pod górę zwalniam do 5 km/h, to w dół nadrabiam prędkością. Tu jednak miasto Gołdap przede mną w dole, światła w oddali, a pod nogami prosta krecha po mokrej trawie jak na skoczni narciarskiej. Rower prowadzę bokiem. Bez klamek nie mam jak hamować, bestia ciągnie mnie w dół. Jeśli gdzieś się zabiję na całym tym rajdzie, to tu, albo w samych Mikołajkach, tuż przed metą, ze zjazdem prosto do jeziora.
Za Gołdapią puszcza Romnicka. Piękny czarny bór, a droga idzie wzdłuż granicy. O trzeciej nad ranem w poprzek drogi stoi pickup i kobieta w mundurze z latarką do kierowania ruchem. Nie mam ważnych dokumentów.
– Dobry wieczór.
– Dobry wieczór – odpowiadam najpłynniejszą polszczyzną jaką potrafię.
– Pan z rajdu?
– Tak.
– To pan jedzie.
– Dziękuję!
Jadę. Godzinę później mija mnie straż leśna i pyta czy wszystko w porządku. Oprócz tego, że jest czwarta w nocy, wilgotne osiem stopni i trochę marznę w cienkim swetrze, to jest wyśmienicie. Nie opadłem jeszcze z sił i nic mnie nie boli.
Przed ósmą rano jestem już za puszczą i grzeję się w słońcu. Mijają mnie pierwsi zawodnicy z tych, którzy nocowali w Gołdapi. Na liczniku półmetek, dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Nie śpię od 26 godzin, jadę łącznie dwadzieścia.
W Starych Juchach słońce schodzi nad horyzont. Chciałem jechać non-stop bez snu całą drogę i chyba bym nawet pojechał, ale szlag trafił zasilanie. Powerbank się zbiesił. Nie mam światła, nie mam zasilania do nawigacji. Szukam kwatery i co zdumiewające, nikt nie potrafi mi pomóc. Odsyłają do internetu. Przed sklepem spożywczym jem banany i popijam kolorową wodą. Łasi się biały kot. Mruczy, tryka łebkiem. Jedno oko ma żółte całe, drugie zielone. Nie odsyła do kotków internetowych, jest namacalnie i kocio obecny. Na bookingu rezerwuję pokój w Gutach. To czterdzieści kilometrów dalej, będę jechał przez noc. Będę pędził po piaszczystych drogach leśnych, pchał rower brukiem z kocich łbów pod jakąś wielką nocną górę, jakby po ciemku urosła dwa razy. Będę pędził i dziwił się, że licznik pokazuje tylko kilkanaście kilometrów na godzinę. Czy mrok zmienia percepcję? Czy może fakt, że to druga noc bez snu, trzydzieści siedem, trzydzieści osiem godzin nieustannego czuwania?
– A pan rowerem? Co też pan, tu tak jeżdżą… Co pańska matka na to?
Myślę sobie, że mam 47 lat i chuj ci do tego babo co moja matka na to, ale proszę tylko o wydanie pokoju.
– A żona? Co też pan, tak po nocy rowerem? Co rodzina na to, tu są klucze. Dam panu ciasteczko.
– Mógłbym pożyczyć ładowarkę do telefonu?
Kolejność jest nieprzypadkowa: dwa jogurty skyr, cztery kromki chleba, piwo bezalkoholowe, paczka żelków i paczka sucharów. Mam półgodzinne okienko fizjologiczne podczas którego najskuteczniej nakarmię wyzutą z cukru wątrobę i podam białko do regeneracji. Potem biorę długi gorący prysznic. Trzęsąc się z zimna drobię po zimnych kafelkach do łóżka, nastawiam budzik na szóstą rano i zapominam o całym świecie. Zapominam też naładować tracker, ale szczęściem pamiętam o nawigacji. Bez większych odpoczynków przejechałem 415 km.
Wyjeżdżam przyjemnym wrześniowym rankiem. Jest dziesięć stopni i nawet mgły nie ma. Na kwaterze zapomniałem tabletki z guaraną, wolno uwalniającą się kofeiną, które miały pomóc na ostatnich kilometrach wędrówki. Jadę więc ospały, ale nawet nie obolały specjalnie. Początkowo zesztywniałe uda w końcu się rozgrzewają, a tyłek ani ręce nie skarżą się.
Jadę równym, nieprzerwanym rytmem. Podjazdy idę, na zjazdach pilnuję hamulca. Hamować trzeba pulsacyjnie, z dużym wyprzedzeniem. Spowalnia to jazdę. Gdy hamuję wstaję z siodła, staję na pedałach i naciskam torpedo prostą, zablokowaną w kolanie nogą, żeby oszczędzać ścięgna i mięśnie. Z hamulcem szczękowym na zjazdach nogi odpoczywały. Teraz całe czterysta pięćdziesiąt kilometrów muszą pracować non stop. Pedałować, iść i hamować. Zmiana pozycji jednak pomaga. Idąc prostuję plecy i daję odpocząc rękom, hamując daję wytchnienie pośladkom bo wstaję na pedałach. Torpedo czasem się blokuje i zarzuca tyłem, czasem traci siłę. Najgorzej jest na ostatnim zjeździe już w Mikołajkach, gdy jest tak stromy, że rower nie chce się zatrzymać, tarcie rzuca nim na boki a grawitacja ciągnie wściekle w dół, w wody jeziora. Z zakrętu wychodzę dryftem. Wciąż żywy, wciąż sprawny. Mijam samochody na moście, uradowany jak najszczęśliwszy motocyklista z muchami między zębami.
Metę mijam niecałe 55 godzin po starcie i zajmuję 74 miejsce z 86.
—
Kto ciekaw, więcej moich przygód rowerowych przeczyta w książce Polonica, czyli w 80 dni dookoła Polski.
