Kuchnia survivalowa bez ekwipunku. Recenzja.

Współczesna technologia to ogromna prędkość. W jeden dzień możemy dotrzeć na drugi koniec świata. Na żywo rozmawiać ze zdobywcą bieguna. W kilka minut odmrozić w mikrofali pizzę. W minutę zagotować herbatę. Szybkie życie jest wygodne, łatwe i efektywne. Jeśli umiemy dobrze z niego korzystać, to bardzo produktywne i twórcze. Bywa też jednak, że wyniszczające i jałowe.

Miliony lat ewolucji wypracowały w nas mechanizmy do walki o przetrwanie i układy nagrody za pokonywanie trudów. Mamy radości natychmiastowe: słodycz cukru, seksu czy adrenaliny. Są też radości długofalowe: szczęśliwa rodzina, dobre zdrowie, budowany latami majątek, pozycja społeczna, ludzki szacunek. Przez znakomitą większość tych milionów lat żyliśmy w wiecznym niedoborze. Radości szybkich, natychmiastowych było mało, o słodycz trzeba się było mocno postarać, drewna narąbać, wody przynieść, chałupę ogrzać. Dziś, siłą cywilizacyjnego rozpędu większość podstawowych potrzeb mamy zaspokojonych. Spora część ludzkości – w naszej strefie kulturowej praktycznie wszyscy – nie boi się śmierci głodowej lub z zimna. Wielu z nas, nawet tych najmniej zarabiających, żyje w technologicznym raju.

Można by pomyśleć: lepiej być nie może! …ale jest problem. Nasze wykształcone przez miliony lat walki ciała i umysły nie mają już z czym walczyć! To, co kiedyś było słusznym odpoczynkiem i regeneracją po trudach życia, dziś jest gnuśnym „gniciem” na kanapie. Uciekając przed degeneracją szukamy ratunku, który przychodzi w samoograniczeniu. Aby nasze ciała były zdrowe świadomie ograniczamy im dostępne kalorie i używki. Na siłowni dźwigamy tony ciężarów i biegamy na bieżni tysiące kilometrów niczego nie potrzebując podnieść i nigdzie nie potrzebując dobiec. Wszystko to aby dać ciału nieco sztucznego trudu i wysiłku.

Nic nowego, powiecie, przecież dieta, ruch i umiarkowanie to sposób na zdrowie. Ale nie tylko. Aby utrzymać się w ryzach, sztucznie je sobie utrudniamy sobie w wielu dziedzinach. Praktykujemy sztuki niepraktyczne, zdobywamy umiejętności dla sportu ich zdobywania. Zaspokajamy wrodzony głód satysfakcji po dobrze wykonanej pracy.

Zdarza się też, że zwalniamy. Zamiast mknąć wehikułem, ruszamy pieszo. Zamiast wlepiać wzrok w prędkościomierz, dajemy sobie czas cieszyć się krajobrazem. Zamiast wieźć rzeczy w bagażniku niesiemy je na plecach. Zamiast zalewać liofilizaty zagotowanym na kuchence gazowej wrzątkiem, kopiemy dół, wypełniamy go żarem z ogniska i godzinami czekamy, aż mięsiwo dojdzie… no właśnie.

***

Wybaczcie przydługi wstęp do recenzji książki. Tym, którzy z pośpiechu chcieliby go pominąć muszę z przykrością oznajmić, że jest już na to za późno. Reszcie, tym którzy też lubią czasem zwolnić, mogę gorąco polecieć dwie części „Kuchni Survivalowej” autorstwa Artura Bokły i Katarzyny Mikulskiej.

Dlaczego?

„Kuchnia survivalowa” to książka kucharska dla zapalonych nowych-dzikich. Dla tych, którzy dla własnego dobra chcą nieco zwolnić, nacieszyć się smakiem dawnych potraw i słodko pomęczyć z ich przygotowaniem. Marzy wam się pojeść jak drzewiej jadano? Spróbować dziczyzny z ogniskowego żaru, potraw pieczonych w dole ziemnym, w glinie, na kamieniach? Na przekór globalizacji pojeść tylko na lokalnych produktach i ziołach, poznać smaki znane naszym słowiańskim pradziadom? Ta książka wprowadzi was we wszystkie potrzebne do tego tajniki i da sporą garść przepisów.

Od strony merytorycznej jest to bardzo wartościowa pozycja. Napisana jest przez pasjonatów dzikiego gotowania w terenie, ludzi którzy doskonale wiedzą o czym piszą. Nie jest to, jak niestety w przypadku wielu współczesnych poradników wiedza zebrana z innych źródeł i przetworzona przez autora nie posiadającego wystarczającego doświadczenia terenowego, ale wiedza oryginalna i co ważne, zdobyta u nas lokalnie, dotycząca naszego polskiego klimatycznego podwórka. Jeśli więc zapragniecie ruszyć w teren i upiec coś pod chmurką korzystając z prymitywnych narzędzi, możecie zaufać trafności zamieszczonych przez autorów porad.

Od strony wydawniczej książki są OK. Dwa małe tomy, możliwe do schowania do kieszeni kurtki sprawdzą się w terenie. Użyta czcionka i szata graficzna są nowoczesne i podobnie jak w innych tytułach tej serii wydawniczej Pascala dołączono do nich gadżety: rzemień do łuku ogniowego (1. część) i saszetkę soli (część 2.). Sam wolałbym bardziej tradycyjne wydanie, jeden tom przypominający stare książki kucharskie, jakąś taką klimatyczną księgę Panoramiksa. Ale to kwestia gustu. Układ jest za to przejrzysty.

W oczekiwaniu na

Przyznam, że nie jestem wielkim pasjonatem kucharzenia. Czy w domu, czy w lesie, potrafię ugotować ledwie kilka prostych potraw, potrafię też całymi dniami żywić się na zimno i sucho, żreć suchy psi prowiant albo jedną i tę samą potrawę dzień w dzień. Jeśli szukam trudów i wyzwań, to raczej nie w książkach kucharskich. Jednak i mi ten poradnik okazał się przydatny. W terenie od kilkunastu już lat nie używam kuchenki gazowej, gotuję wyłącznie na ognisku i żarze. Wiele praktycznych porad było mi przydatnych, a kilka okazało się odkrywczych. Zainspirowany lekturą na ostatniej wyprawie do Laponii postanowiłem włożyć nieco więcej serca w codzienne leśne gotowanie i mogłem cieszyć podniebienie takimi cudami jak polędwica duszona z ziołami w mchu albo steki pieczone na żarze.

Każdemu polskiemu pasjonatowi survivalu i bushcraftu lektura to absolutnie obowiązkowa. Nie można całego życia przegnać w pośpiechu, łykać bezdusznie kilometry, gotować na gazie, żreć zalewane wodą liofilizowane proszki, zmumifikowane i zmielone z psią budą konserwy i łamiące zęby jerky. Trzeba czasem zwolnić. Poczekać aż soczyste mięsiwo przez kilka leniwych godzin dojdzie w dole, a apetyt się w tym czasie solidne wyostrzy.

Możemy żyć bez przyjaciół, możemy żyć bez książek,
Lecz nikt cywilizowany nie może obejść się bez dobrej kuchni

Howgh!
Rufus

Artur Bokła, Katarzyna Mikulska
Kuchnia survivalowa bez ekwipunku. Gotowanie w terenie. Część 1 i 2.
Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2017

Ps. Jeśli będzie wam mało i zechcecie zaczerpnąć wiedzy u źródła, poznać dzikie rośliny jadalne polski i pogotować pod gołym niebem, to Szkoła Rzemiosła Leśnego Kasi Mikulskiej prowadzi stosowne warsztaty:

https://www.facebook.com/szkolarzemioslalesnego/

Jedna uwaga do wpisu “Kuchnia survivalowa bez ekwipunku. Recenzja.

  1. Jedzenie z ogniska, ogólnie ujmując, ma jakiś taki romantyzm w sobie. Zawsze smakuje lepiej niż cokolwiek innego. A jako, że gotowanie lubię chętnie sięgnę po lekturę.

    Szkołę Rzemiosła Leśnego również polecam!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s