Blog

Chatka z kory

Dach z kory jest wodoodporny wyłącznie wtedy, kiedy akurat nie pada.
Nessmuk

Wiele jest rodzajów szałasów. Dachy jednospadowe (lean-to), dwuspadowe, w kształcie litery A. Kryte liśćmi, gałęziami, korą, mchem, trzciną. Małe jednoosobowe schronienia i duże konstrukcje. Zimne i ciemne albo ogrzewane ogniskiem. Wspólny ich mianownik jest zaś taki, że nie zabieramy ich ze sobą na miejsce obozowania, budujemy je z wykorzystaniem występujących lokalnie materiałów. Jeśli chcemy zbudować szałas z liści, nie idziemy do sosnowego boru. Albo raczej na odwrót: jeśli akurat jesteśmy w sosnowym borze, to nie nastawiamy się na budowę szałasu z liści.

W polskich warunkach dochodzi jeszcze jeden czynnik. Jeśli jest to las państwowy to najlepiej uznać, że budulca na dobrą sprawę nie ma w nim wcale i powstrzymać się od budowy. Budulec jako taki oczywiście jest, ale nie jest naszą własnością, nie mamy też najprawdopodobniej zgody właściciela na pozyskiwanie takiego budulca ani na zaśmiecanie krajobrazu naszą radosną twórczością. Są jednak miejsca, gdzie budowa szałasu jest możliwa bez wchodzenia w konflikt z prawem. Może to być nasza prywatna działka, działka kogoś, kto nam pozwolił na obozowanie albo głęboki las w odległej dziczy w odległym kraju gdzie postawienie szałasu z martwego drewna jest legalne.

Gdyśmy z Szymonem szli zbudować obozowisko mające nas gościć przez ponad dwa tygodnie, on miał ze sobą brezent z bardzo dobrze zaolejowanego płótna. Ja miałem dwie stare przeciekające pałatki. Szymon rozwiesił swój tarp i mógł pod nim wygodnie i sucho obozować. Ja stwierdziłem, że zdam się na dary lasu. Nastawiłem się na budowę zadaszenia ze znalezionych w lesie uschłych żerdek oraz odrobiny świeżych jodłowych gałęzi. Gdyśmy jednak znaleźli miejsce dogodne do obozowania, jodeł tam było jak na lekarstwo. Plan wziął w łeb. Leżały jednak wszędzie przeogromne zwalone sosny, wzrosłe w dziewiczym lesie kilkumetrowej średnicy giganty, z których martwych pni odpadały płaty kory grube na dziesięć centymetrów i wielkie na całe metry. Materiału było w bród, był też dostępny bardzo blisko obozu.

Nie zastanawiałem się długo. W godzinę postawiłem szkielet szałasu. Zdecydowałem się zbudować dwuspadową małą chatkę. Nie potrzebowałem w niej ognia – ten był przy szałasie Szymona – chciałem zacisznego miejsca do spania, chroniącego mnie przed wiatrem, deszczem, a także słońcem (lepiej mi spać w zupełnej ciemności). Nie każdemu taka konstrukcja by odpowiadała (np. nie Szymonowi). Mi – zdecydowanie tak.

20181025_135205.jpg

Po ukończeniu szkieletu zająłem się budową łóżka traperskiego. Wolałem to zrobić teraz, gdy dostęp do miejsca nie był ograniczony. Łóżko było konieczne, bo w miejscu szałasu ziemia nie była równa, był spadek, który mogłem zniwelować łóżkiem. Dawało też lepszą izolację cieplną od podłoża. Łóżko zbudowałem z kilku żerdzi oraz kilku gałązek leszczynowych. Pokryłem garścią łapek jodłowych i przykryłem cieńszym z koców. Legowisko gotowe i nawet wygodne.

20181025_144532

20181025_144653.jpg

Następnie zająłem się konstrukcją ścian. Chciałem, aby były solidne, aby kora na nich leżała pewnie i nie spadała mi na posłanie i na głowę. Okrzesałem zwalone drzewa i zaniosłem do obozu całe naręcze prostych martwych gałęzi. Po dwóch kolejnych godzinach ściany były gotowe.

20181026_113222.jpg

Przyszedł czas na korę. Chatkę pokrywałem od spodu, dodając kolejne warstwy kory i zakrywając dodatkowymi kawałkami pozostawione otwory. To także z grubsza zajęło mi około dwie godziny. W tym momencie powinienem był przyciąć sterczące końcówki gałęzi tak, aby dobrze położyć korę na samym szczycie dachu, ale byłem już zmęczony i korę po prostu położyłem na szczycie.

20181026_150706.jpg

Wieczorem zaczął padać deszcz i nie przestał do rana. Przez całą noc gnębiły mnie kapiące na krople. Jak na siłę opadu nie było ich dużo, ale wystarczyły, żeby do rana zrobić na kocu kilka kałuż. Ten zaczął śmierdzieć zgniłym trollem. Następnego dnia gdy przestało padać rozwiesiłem przy ognisku koc i zabrałem się za usprawnienia. Przyciąłem scyzorykiem wszystkie gałęzie na dachu i położyłem kilka warstw grubej kory.

20181027_120438

20181027_125300.jpg

20181027_130033.jpg

20181027_141657.jpg

20181031_085422.jpg

Przez następne dwa tygodnie deszcz padał niemal codziennie i co noc. W chatce wciąż lekko kapało, ale były to pojedyncze krople co kilka minut. Było ich na tyle mało, że koc ogrzewany moim ciałem pozostawał suchy, a chatka była wybornym schronieniem przed siłą żywiołu. Była też moją gawrą, norą, domem, pałacem i zamkiem. Odgradzała od zewnętrznego świata, definiowała moje królestwo. Dawała poczucie bezpieczeństwa.

20181026_150818.jpg

20181026_192351.jpg

20181028_192238.jpg

 

W wełnianym kocu bez ogniska? Tak!

Myśląc o dawnych podróżnikach, traperach, myśliwych, mam przed oczami wizję człowieka zawiniętego w wełniany koc, śpiącego pod migotliwym dachem gwiazd. Trzaska dogasające ognisko, grają świerszcze, czasem zahuka puszczyk, przez czarny bór ciągnie się się wycie wilków, a podróżnik odpływa w słodki sen, by zbudzić się o brzasku. Romantyczna to wizja, ale jak ma się do rzeczywistości? Czy da się w takim kocu spać wygodnie, w cieple, do rana? Czy gdy ognisko przygaśnie, to trzeba doń dokładać, czy może można chrapać całą noc nie zawracając sobie głowy ogniem?

Od lat eksperymentuję z różnymi zestawami koców, o każdej porze roku i na różnych szerokościach geograficznych. Z własnego doświadczenia i wbrew czasem powtarzanemu mitowi, że wełniany koc niemal zawsze wymaga ogniska, mogę powiedzieć: to nie prawda, nie wymaga. Da się tak spać bez ognia, na mrozie, ze sprzętem, który można udźwignąć na własnych plecach i przenieść kilkadziesiąt kilometrów albo i więcej. Nie przez jedną noc (z rozpędu, by szybko uciec z powrotem do cywilizacji), ale przez długie tygodnie.

„Na prawdę?” – zapytacie. Na prawdę. Wymaga to odrobiny doświadczenia, gotowości do samodzielnego eksperymentowania, a diabeł oczywiście tkwi w szczegółach.

UWAGA: Po lekturze nie biegnijcie od razu na mróz z jednym kocem i zupełnym brakiem doświadczenia. Sprawa wymaga wprawy, tyczy się zdrowia i życia. Nie wszystko co jest możliwe, jest możliwe od razu, bez przygotowania.

Producenci nowoczesnego sprzętu obozowego przyzwyczaili nas do tego, że opisują go parametry. Kurtka opisywana jest wodoszczelnością i oddychalnością, materac charakteryzowany jest parametrem R, lina maksymalnym obciążeniem statycznym, a śpiwory temperaturą komfortu. W przypadku dawnego sprzętu nie mamy tego udogodnienia.

Doświadczeni podróżnicy i obozowicze wiedzą też, że z temperaturą komfortu nowoczesnego śpiwora sprawa nie jest prosta, że ma jedynie znaczenie orientacyjne, a mądrość i tak przychodzi z doświadczeniem. Temperatura komfortu określana jest testami, zgodnie ze stosowną normą i jest wyznaczana dla przeciętnego człowieka o przeciętnej budowie ciała. To czy akurat nam będzie ciepło w danym śpiworze w danej temperaturze, zależy w wielkim stopniu od wielu różnych czynników: naszej budowy ciała, naszego krążenia, to czy śpiwór jest suchy czy wilgotny, jakie mamy na sobie ubranie, jak dobrze się odizolowaliśmy od podłoża, czy nie przewiewa nas wiatr, czy wreszcie czy jesteśmy wypoczęci, dobrze nawodnieni i odżywieni. W zależności od tych wszystkich czynników można w tym samym śpiworze w tej samej temperaturze marznąć albo spać smacznie.

Z wełnianymi kocami jest podobnie, tylko jeszcze trudniej. Wełniany koc charakteryzuje skład, gramatura i wymiar. Temperatury komfortu nikt nie określał i musimy ją wyznaczyć sami. Oprócz czynników wymienionych powyżej dla śpiworów, dochodzi struktura wełny (czy jest puchata, czy zbita), to jak sprawnie się w koc potrafimy zawinąć (to sztuka sama w sobie), jego rozmiar (do szczelnego zawinięcia całego ciała potrzeba o wiele większego koca niż mogłoby się wielu osobom wydawać) a także (co dotyczy w sumie każdego sprzętu, ale w przypadku sprzętu dawnego jest o wiele ważniejsze) – to jak nasze ciało nawykło do spania w nim na świeżym powietrzu. Piąta z kolei noc w tych samych warunkach może okazać się o wiele cieplejsza od pierwszej, tylko dlatego, że nasze ciało nauczyło się dobrze regulować temperaturę, a my przestaliśmy się w nocy wiercić.

Jeśli więc ktoś mówi, że w kocu nie da się spać bez ogniska w takiej lub innej temperaturze, to nawet jeśli rzeczywiście za jego słowami stoi doświadczenie (a nie tylko wyobrażenia), to musimy brać poprawkę na to, że jego budowa ciała może być inna od naszej, że warunki w których spał mogły być znacznie różne od tych, w których my byśmy spać chcieli itd., itp. Nie ma rady – jeśli chcecie się przekonać, musicie to sprawdzić samemu (tylko ostrożnie!). Nie bierzcie tylko zbyt na poważnie nawet z najsurowiej miną wypowiadanych: „nie da się”.

Eksperymentując nauczycie się dobierać ubranie, zauważycie, że puchaty koc jest o wiele cieplejszy od zbitego, ale o wiele bardziej podatny na przewiewanie. Zauważycie, że kilka ciepłych koców jest lepsza od jednego grubego, szczególnie jeśli ten ostatni nie jest wystarczająco szeroki, by można się było w nim w całości zawinąć. Zwrócicie większą uwagę na dobrą izolację od ziemi. Nauczycie się sprawnie owijać kocem / kocami.

Czy jest oprócz realizacji romantycznego marzenia jakikolwiek inny pożytek z wełnianego koca? A i owszem. Moim zdaniem koc, o ile użyty poprawnie, daje komfort (tak komfort!) równy ze spaniem w domu, w łóżku. Śpiwory bywają klaustrofobiczne, są śliskimi, szeleszczącymi plastikowymi worami, których jedyną prawdziwą zaletą jest niska waga i bezproblemowe zamykanie nie wymagające specjalnych zabiegów. Koc natomiast jest miły w dotyku, pozwala na założenie dowolnie dużej ilości ubrań (upchane zbyt ciasno śpiwory tracą na ciepłocie). Jeśli nie musimy do tego przez całą noc walczyć o ogień i znosić ciągłych huśtawek temperatury i możemy spać smacznie do rana, to moim zdaniem koc daje o wiele lepszy sen od śpiwora.

Przykłady

Wymyśliłem sobie to wszystko? Nigdy w życiu. Mogę podać przykłady moich biwaków, warunki obozowania, sprzęt, no i oczywiście jak się spało. Czasem było ciepło, czasem zimno, czasem musiałem palić ogień, czasem wcale.

Muszę jeszcze na wstępie wspomnieć moja budowę ciała, żebyście mieli właściwy obraz i porównanie. Ktoś lżejszy i szczuplejszy może bardziej marznąć w podobnych warunkach, ktoś tęższy mniej. Mam 1,82 cm wzrostu, 80 do 90 kg wagi, średnią budowę i grubszy brzuch. Nadmiar tłuszczu (czyli kilka do kilkunastu kilogramów) odkłada się głównie na brzuchu. To ostatnie jest akurat istotne, bo ten typ lekkiej nadwagi doskonale izoluje narządy wewnętrzne.

Kiruna, Szwecja, 150 km za kołem podbiegunowym.

Czas. Trzy tygodnie w lipcu 2012 r.

Warunki. Był lipiec, temperatura w nocy wahała się od +10 C do 0 C. Noce bywały słoneczne (panował dzień polarny!) jak i pochmurne i deszczowe.

Koce. Pierwszy: 70% wełny, 1,60 m na 2,00 m, około 1,5 kg wagi. Zbita, twarda wełna. Drugi: amerykańska podpinka do poncho wojskowego, tzw. woobie, z poliestru, waga około 700 gramów, wymiary podobne do pierwszego koca. Trzeci: kocyk polarowy z IKEA, bardzo mały, bardzo lekki i bardzo cienki. Łączna waga koców: nieco ponad 2,5 kg.

Materac: małe futro z renifera, o wymiarach ledwie pokrywających mój tułów. Nogi musiały spać na ziemi, głowa na improwizowanej poduszce z plecaka.

Zadaszenie: poncho armii USA.

Ubiór: bielizna z merynosa, sweter wełniany, anorak bawełniany, spodnie M65.

Noce. Pierwsza noc: +5 stopni. Brak ogniska. Nakryłem się wszystkimi kocami i ponchem. Nie zawijałem się. Spałem smacznie, zewnętrzny koc lekko zawilgotniał od kondensacji potu.

Trzecia noc: +3 stopnie. Brak ogniska. Nie nakryłem się ponchem, ale podwiesiłem. Wiała lekka bryza. W środku nocy obudziłem się z wrażeniem, jakbym miał zaraz zamarznąć na śmierć. Dodatkowe doizolowanie podłoża (gałęzie) i szczelne zawinięcie w koce bardzo pomogły. Mogłem spać do rana, ale nie mogłem się ruszyć ani na milimetr, żeby nie odwinąć się z koców.

Około połowy wyjazdu: temperatura spadła do 0 stopni. Brak ogniska. Spałem w ogóle bez poncho. Musiałem bardzo szczelnie się zawinąć i spać do rana w zupełnym bezruchu. Po zawinięciu było mi ciepło, czułem jak koce utrzymują ciepłe powietrze i nie pozwalają mu uciec.

Pod koniec wyjazdu: temperatura około +6 stopni. Byłem już przyzwyczajony, ale i zmęczony. Brak ogniska, zawilgocony sweter i jeden z koców. Spałem w kaloszach, nie zawijając się, jedynie przykrywając. Spałem kamiennym snem do rana w ogóle nie zwracając uwagi na warunki.

Hammastunturi, Finlandia, 300 km za kołem podbiegunowym

Czas. Trzy tygodnie w czerwcu 2014 r.

Warunki. Temperatura w nocy wahała się od +10 C do +2 C. Noce raczej słoneczne (panował dzień polarny!), czasem lekka mżawka

Koce. Jeden koc, 100% wełny, 1,80 m na 2,00 m.

Materac: brak. Spałem na pojedynczych gałęziach, tak, żeby mnie izolowały od ziemi. Zupełny brak komfortu jeśli chodzi o miękkość, na granicy, albo już po za granicą masochizmu.

Zadaszenie: polska pałatka LWP.

Ubiór: bielizna z merynosa, sweter wełniany, koszula bawełniana, spodnie bawełniane, brak kalesonów.

Noce. Pierwsza noc: +8 stopni. Brak ogniska. Nakryłem się kocem i pałatką i spałem smacznie

Druga noc i wiele kolejnych: +4 stopnie. Z początku brak ogniska. Obudziło mnie przeraźliwe zimno. Nie byłem się w stanie dobrze zawinąć tylko jednym kocem, ciepło uciekało. Musiałem co noc palić ognisko, żeby w ogóle usnąć.

Sprzęt
Nowe Kawkowo, Polska (z gościną w Universal Survival)

Czas. Tydzień w styczniu 2017 roku.

Warunki. Temperatura w nocy wahała się od +2 do -10 stopni.

Koce. Pierwszy: 100% wełny, 2,00 m na 2,00 m. Bardzo gruby puchaty merynos, ponad 2 kg wagi i ogromna objętość. Drugi: mniejszy, cieńszy, 1,60 x 2,00 m, około 1,7 kg wagi.

Materac: kilka karimat BW.

Zadaszenie: bardzo duży namiot z kozą. Z początku ciepło, po dwóch godzinach piec gasł, a nad ranem temperatura w namiocie była taka sama jak na zewnątrz, czasem minus dziesięć stopni.

16112749_1561791793837494_3261330434163057866_o

Ubiór: bielizna z merynosa, sweter wełniany, polar o gramaturze 300, ciepła czapka, rękawiczki, dwie pary skarpet, spodnie M65, kalesony, parka M65.

Noce. Wszystkie noce z początku ciepłe, dzięki piecykowi. W najzimniejsze nad ranem lekko marzłem, czułem lekkie dreszcze na plecach, ale byłem w stanie spać bez wstawania. Kocem nakrywałem twarz, lekko zawilgotniał, ale nie marzł mi nos.

16107217_1561792217170785_2990016034860591157_o

Kreta, Grecja

Czas. Tydzień w marcu 2017 roku i dziesięć dni w marcu 2018 roku.

Warunki. Temperatura w nocy wynosiła od +10 do +15 stopni.

Koce. Jeden koc, 100% wełny, 1,80 m na 2,00 m. Miękki, delikatny, waga 1,5 kg.

Materac: brak, spałem bezpośrednio na ziemi.

Zadaszenie: pałatka LWP starego typu (2017), zasłonka prysznicowa (2018)

Ubiór: bielizna z merynosa, sweter wełniany, koszula bawełniana, spodnie wełniane, kalesony (2017), kurtka skórzana i koszulka bawełniana, spodnie bojówki (2018).

Noce. Wszystkie noce ciepłe, nawet przy silnym wietrze brak problemów ze snem. Większość nocy – początkowo ognisko, potem gasło i nie dokładałem do niego.

WP_20170331_09_49_40_Pro (2) - Copy (1)

UWAGA

W marcu 2018 byłem wraz z Kubą Doroszem z Universal Survival na wyprawie survivalowej na której byliśmy bez prowiantu. Doskwierały nam bardzo poważne niedożywienie, lekkie odwodnienie. Pod koniec wyjazdu dostałem bakteryjnej infekcji gardła i silnej gorączki. Mimo to wszystkie noce (włączając w to tę z gorączką) przespałem we względnym cieple.

Idaho, USA

Czas. Miesiąc w październiku/listopadzie 2018 roku.

Warunki. Temperatura w nocy wynosiła od +10 do -5 stopni.

Koce. Pierwszy koc: 100% wełny, 1,80 m na 2,00 m. Miękki, delikatny, waga 1,5 kg (ten sam co na Krecie). Drugi koc: 100% wełny merynosa, 2,00 na 2,20 m (ogromny koc!). Puchaty, gruby, ciężki (2,4 kg), ogromny po zwinięciu.

Materac: łóżko traperskie z łapkami jodłowymi albo usypane legowisko z igieł sosnowych.

Zadaszenie: czasem brak, większa część czasu szałas z kory.

Ubiór: jednoczęściowa gruba bielizna z merynosa, sweter wełniany, koszula wełniana, anorak wełniany, spodnie wełniane,

Noce. Bardzo rzadko przy ognisku (ledwie ze trzy, cztery noce). Pozostałe noce (z całego miesiąca!) przespałem bez ogniska, około połowa z nocy miała przymrozki. Kilka nocy było mi chłodno (lekkie dreszcze), ale zawsze spałem do rana bez konieczności wstawania. Pozostałe noce spałem w pełnym komforcie termicznym. Kilka nocy spałem w wilgotnym ubraniu i wilgotnym kocu (deszcz padał non stop przez dwa tygodnie), wtedy było mi chłodniej, ale nie na tyle zimno, żeby się przenosić spać przy ognisku.

20181010_131412.jpg

UWAGA

Na wyjeździe do Idaho był ze mną Szymon Szary. Miał nieco inne doświadczenia.

Budowa ciała. Wzrost podobny do mojego, ale waga mniejsza o 15 kg. Brak widocznego tłuszczu, szczupła, atletyczna sylwetka.

Koce. Dwa koce, jeden grubszy drugi cieńszy, ale oba zbliżone do mojego cieńszego. Brak bardzo grubego koca.

Materac: łóżko traperskie z łapkami jodłowymi albo usypane legowisko z igieł sosnowych.

Zadaszenie: czasem brak, większa część czasu lean-to płócienne.

Ubiór: bielizna z mieszanki wełny i syntetyków, sweter wełniany, koszula wełniana, anorak wełniany, spodnie wełniane.

Noce. Szymon wcześniej nie spał w kocu wełnianym, miał mniej tkanki tłuszczowej i cieńsze od moich koce. Zwykle więc spał przy ognisku. Pierwsza próba snu bez ogniska przy +3 stopniach – bardzo zmarzł. Po kilkunastu dniach był w stanie spać bez ognia przy +5, +7 stopniach i nie marznąć.

Miesiąc w dziczy, po staremu

Czołem!

Razem z Szymonem cali i zdrowi wróciliśmy z dzikich ostępów Gór Skalistych, gdzie przez miesiąc obozowaliśmy pod gołym niebem, zdani na własne siły i tradycyjne, naturalne materiały (założenia wyprawy opisane są tutaj).

Czy wyprawa się udała? Jak najbardziej! Obozowaliśmy, polowaliśmy, łowiliśmy ryby, zapuszczaliśmy się z ciężkimi plecakami w głąb dziczy, wycofywaliśmy przed napierającym z coraz większą siłą żywiołem zimy, tropiliśmy kuguary (i one tropiły nas), wyliśmy do księżyca (i do słońca!) razem z wilkami, budowaliśmy szałasy i wędzarnie, mokliśmy w deszczu. Staliśmy się miejscową atrakcją i tematem plotek, gdzie niemal każdy mieszkaniec okolicznych (i jakże nielicznych!) chat, pustelni i maleńkiej osady słyszał o dwóch szalonych i dziwnie ubranych Polakach. Był deszcz, śnieg, upał i mróz. Były pot, krew i brud. Była krystalicznie czysta woda potoków, szum groźnej rzeki, dzicy mieszkańcy boru. Były niebezpieczeństwa (największe ze strony przewracających się bez żadnego ostrzeżenia drzew), były dwie, nierozłączne strony tego samego medalu: strach i odwaga. Było całe kilka lat wrażeń, emocji i przeżyć skondensowane do ledwie jednego miesiąca.

Jak sprawdzał się tradycyjny, stary sprzęt? Co zawiodło, co działało nad wyraz dobrze, co było zbędne, czego zabrakło? Jak to jest przez 30 dni spać na mrozie w wełnianych kocach? Czy da się obozować w deszczu w szałasie z naturalnych materiałów? Jak sobie radzić z wilgocią gdy pada przez dwa tygodnie bez przerwy? Czy ogień jest niezbędny? Jak to jest nie używać przez tak długi czas papieru toaletowego, nie brać prysznica, nie zmieniać skarpet czy bielizny? Czy czas się dłuży i nudzi, czy może każdy dzień to ciężka praca niedająca chwili wytchnienia?

Na te i inne pytania odpowiemy z czasem, w relacjach video (na kanale Szymona), postach tutaj na blogu i w końcu w książce, której publikacja zaplanowana jest na drugą połowę przyszłego roku. Na dziś kilka zdjęć z wyprawy.

Póki co mamy dla Was fotorelację obejmującą cały miesiąc leśnego obozowania.

Howgh!

Na skraju dziczy

Idaho 2013

Wyprawa z Szymonem nie będzie moim pierwszym wyjazdem w dzikie Idaho, gdzie w 2013 roku polowałem przez dwa miesiące. Główna różnica od tegorocznego wyjazdu polegała na bardziej współczesnym wyposażeniu, oraz tym, że do obozu można było dojechać samochodem. Nieutwardzoną drogą, czterdzieści kilometrów od najbliższej ludzkiej osady, ale jednak. Żyłem z flintą i psem na skraju dziczy, u wrót przepastnej puszczy. Przychodzili jej dzicy mieszkańcy, by krążyć wokół naszej małej chatki: codziennie rano para kruków sprawdzała czy jeszcze żyję, obchodził obóz kuguar, spacerowała w okolicy niedźwiedzia mama z maleństwem, szczekały nocami kojoty i wyły wilki, biegały chmarami jelenie i przyjeżdżali czasem miejscowi myśliwi.

Żyłem tam i myślałem, co by było, gdybym opuścił w miarę bezpieczne rubieże cywilizacji i zapuścił się wgłąb bezdennej kniei. Do tego porzucił cywilizacyjne udogodnienia i zrobił to po staremu, w wełnianej kapocie i w skórzanych trzewikach… Myśl dojrzewała pięć lat, by wreszcie zaowocować. To już tak niedługo, za tydzień!

Póki co siedzę i przeglądam zdjęcia z tamtego wyjazdu, czytam stare notatki, odświeżam kontakty ze znajomymi z Idaho i pakuję plecak.

IMG_0529.JPG

IMG_0211.JPG

IMG_0207.JPG

IMG_0296.JPG

IMG_0412.JPG

IMG_0461.JPG

IMG_0251.JPG

IMG_0517.JPG

IMG_0559.JPG

IMG_0649.JPG

IMG_0620.JPG

IMG_0624.JPG

IMG_0665.JPG

IMG_0674.JPG

IMG_0702.JPG

IMG_0768.JPG

IMG_0632.JPG

IMG_0799.JPG

IMG_0837

IMG_0901.JPG

IMG_0953.JPG

IMG_0848.JPG

IMG_0964.JPG

IMG_0969.JPG

IMG_0963.JPG

IMG_1044.JPG

IMG_1030.JPG

IMG_1085.JPG

IMG_1132.JPG

IMG_1150.JPG

IMG_1120.JPG

IMG_1200

IMG_1215.JPG

Traperskie jadło

Wyobrażając sobie samotne traperskie życie w dziczy, można wpaść w pułapkę  idealizacji i niedocenienia trudów i wyzwań, jakie przed nami takie życie może stawiać. W szczególności może dotyczyć to prowiantu: możemy wyobrażać sobie, że ustrzelona na kolację wiewiórka i zebrane w czasie dnia runo leśne albo kora z drzewa zaspokoją nasze potrzeby. Tak oczywiście nie będzie, nie będzie to aż tak proste. Możemy też wpaść w drugą skrajność i straszyć się wizją śmierci z niedożywienia albo zatrucia pokarmowego, niechybnie przywołując współczesną popkulturową ikonę Christophera McCandlessa, zwanego też Alexandrem Supertrampem, który znany jest z tego, że wyruszył na Alaskę, by po trzech miesiącach życia w głuszy zemrzeć z głodu i choroby, a którego unieśmiertelnili Jon Krakauer w książce „Into the Wild” i Sean Pean w filmie o tym samym tytule.

IMG_0768.JPG

Jak będzie w naszym konkretnym przypadku, jeśli zdecydujemy się żyć życiem łowcy i zbieracza zależy od bardzo wielu czynników: od flory, fauny, pogody, pory roku, naszego stanu zdrowia, wiedzy i umiejętności które posiadamy, odrobiny szczęścia, ale przede wszystkim od czasu, który zamierzamy spędzić w głuszy. Żeby nie szukać daleko: Chris McCandless zmarł po ponad trzech miesiącach życia w alaskańskim buszu. Gdyby wrócił po miesiącu, podtuczyłby się szybko w lokalnych fastfoodach, a świat by o nim i jego historii nigdy nie usłyszał. Z drugiej strony, każda z moich własnych eskapad, na których niedojadałem albo głodowałem, które trwały od kilku dni do dwóch miesięcy, każda z nich mogłaby się zakończyć inaczej, gdyby trwała o wiele dłużej. Wniosek natomiast jaki musimy z tego wysnuć jest taki, że im dłuższy pobyt z dala od cywilizacji, tym bardziej poważnie musimy traktować kwestię wyżywienia i tym lepiej nasza dieta musi być zbilansowana w makro- i mikroelementy, oraz przede wszystkim kalorie. Brak witaminy C przez tydzień czy dwa nic nam nie zrobi, po dłuższym czasie jednak spowoduje szkorbut. Podobnie będzie z innymi niedoborami lub nadmiarami mikroelementów. Zbyt długi i zbyt duży deficyt kalorii skończy się zaś niechybnie śmiercią.

***

Z Szymonem wyruszamy wkrótce na miesięczną eskapadę w Góry Skaliste. Ponieważ przyjmuje się, że bez jedzenia człowiek może wytrzymać przeciętnie trzy tygodnie (wytrzymać czyli konać z głodu przez cały ten czas), to należy uznać, że nasz pobyt jest wystarczająco długi, żeby podejść do sprawy prowiantu śmiertelnie poważnie. Jak się do tego zabrać?

IMG_0370.JPG

Gdybyśmy szli w knieję ze współczesnym sprzętem, musielibyśmy porzucić pomysł zabierania wojskowych racji żywnościowych. Te zapewniłyby nam kalorie i wartości odżywcze, ale waga racji wynosząca zwykle niecałe 2 kg dałaby w sumie 50 kg prowiantu na miesiąc. Piechota zmotoryzowana może sobie na takie coś pozwolić, my nie moglibyśmy. Moglibyśmy natomiast przygotować własny prowiant. Ja zwykle na długie wędrówki z plecakiem przygotowuję własne wyżywienie, które pakuję w porcje po 500 g na dzień które dają około 2300 – 2500 kcal (skład znajdziecie poniżej w artykule). Dałoby to 15 kg prowiantu na miesiąc, czyli byłoby do udźwignięcia. Dzienne zapotrzebowanie przy marszu albo ciężkiej pracy w lesie to około 4000 kcal, czyli dzienny deficyt wynosiłby około 1500 – 1800 kcal. Przez miesiąc oznaczałoby to schudniecie o około 10 kg. To bardzo dużo, konieczna jest więc korekta, powiedzmy, że prowiant powinien ważyć więc 700 g dziennie i 20 kg w całości.

IMG_0395

Gdybyśmy więc szli w knieję ze współczesnym sprzętem, moglibyśmy stosując nowoczesne materiały odchudzić bazową wagę plecaka (cały sprzęt bez żywności i wody) do około 10 kg i nieść w sumie 30 kg. Byłoby to wykonalne. My jednak nie idziemy ze sprzętem współczesnym, a ze starym, który sam będzie ważył co najmniej 20 kg. Dołożenie do tego 20 kilogramów prowiantu sprawiłoby, że plecaki ważyłyby po 40 do 50 kg, co byłoby nie do uniesienia.

Co robić? Objuczyć konia, załadować kanadyjkę, zatrudnić tragarza albo zabrać mniej prowiantu, a braki uzupełniać polując i zbierając. Kusi więc myśl: czy można byłoby zupełnie zrezygnować z zabierania żywności i polegać na darach lasu w stu procentach? Można z pewnością tego spróbować, żeby przekonać jak bardzo wymagające jest to zadanie. Jednak nie przez miesiąc! W marcu br. wybrałem się z Kubą Doroszem, z  Universal Survival by przez 10 dni na pustkowiach Krety żywić się darami natury i przekonać o tym na własnej skórze. Kuba pomimo przejściowych trudności (torsje) sobie poradził, ja skończyłem w szpitalu z wysoką gorączką, gdy niedożywiony i przeciążony układ odpornościowy poddał się i dostałem ostrego bakteryjnego zapalenia gardła. Na jesieni tego roku na kanale youtube Kuby powinna pojawić się relacja video z tej wyprawy.

Jakiś prowiant trzeba więc zabrać, taki który zapewni minimum kalorii, byśmy na polowaniu nie popadali z wyczerpania. Podobny scenariusz także już wcześniej przerabiałem: na poprzedniej wyprawie do Idaho miałem żywność zapewniającą około 1000 kcal dziennie, resztę uzupełniając polowaniem. Piękny to był czas, ale i jakże trudny! Upolowana wiewiórka czy dwie dawała ledwie kilkaset kalorii dziennie i zanim więc udało mi się upolować dużego zwierza, tłustego dorodnego jelenia, cierpiałem głód okrutny, który odciskał głębokie piętno na moim ciele i duszy. Długo by opowiadać, książkę pewnie lepiej byłoby napisać. W tej chwili jednak ważny dla nas wniosek: na czas polowania (a także wcześniejszego marszu do obozu) powinniśmy zapewnić sobie solidne wyżywienie, by móc z niego zrezygnować dopiero, gdy uda nam się upolować duże zwierzę. Polowanie na drobną zwierzynę zaś traktować jak urozmaicenie pokarmu i dostarczenie wartościowego białka, ale nie jako główne źródło kalorii.

IMG_1135.JPG

Jest jeszcze jeden problem. Polowanie ma to do siebie bowiem, że jego powodzenie jest niepewne. Elmer Kreps w swoim „Poradniku trapera” każe się nie wygłupiać, nie liczyć na szczęście na polowaniu i zabrać na miesiąc pełen prowiant: 40 kilogramów żywności dającej niemal 4000 kcal dziennie. W tej samej książce uczy też jak juczyć konie, co daje nam pełen obraz wypraw w jego stylu. Trzeba przy tym pamiętać, że był zawodowcem, który w lesie pracował, a nie spełniał marzenia czy stawiał sobie wyzwania. My nie mamy koni jucznych, mamy głód przygody i wyzwań, chcemy jednak uniknąć głodowania gdyby polowanie się nie udało. Nasz plan jest więc taki, żeby zabrać pełne racje żywnościowe na dni marszowe oraz te przeznaczone na polowanie. Jeśli w ciągu tygodnia polowanie nie powiedzie się, będziemy musieli wrócić do punktu startowego, po przygotowane wcześniej awaryjne racje żywnościowe. Doekwipowani będziemy w stanie o pełnych brzuchach i jasnych umysłach doczekać końca wyprawy. Jeśli zaś polowanie powiedzie się, zamiast wracać po zapasy, zajmiemy się sprawianiem zwierzęcia i konserwowaniem mięsa. Będziemy mieli na te dni przygotowane minimalistyczne racje żywnościowe składające się głównie z mąki, które złagodzą nieco mięsną dietę z jeleniny czy niedźwiedziny.

IMG_0926.JPG

***

Poniżej podaję listę prowiantu. Pamiętajcie, że diet i możliwych jadłospisów jest pewnie z googol! Są diety niskotłuszczowe, wysokotłuszczowe, ketogeniczne, bezmięsne, bezglutenowe, itd., itp. O czym to świadczy? O ogromnej elastyczności ludzkiego organizmu w przyswajaniu pokarmu i wartości odżywczych. Poniższa lista dostosowana jest zaś do mojego prywatnego, własnego, osobistego organizmu i przyzwyczajeń żywieniowych. Szymon będzie miał swoją listę. Pamiętajcie też, że jest to lista „w starym stylu”, gdzie staramy się żywić na wzór dawnych traperów. Większość składników byłaby nieobca Krepsowi czy Nessmukowi. Współczesnych liofilizatów zabrać ze sobą zaś nie możemy.

Waga prowiantu to 11,5 kg, w tym codziennie zapewnione minimum 200 g węglowodanów, 6 racji marszowych, 9 racji obozowych (2 dni przeznaczone na budowę obozu i 7 na polowanie) oraz 20 uzupełniających racji po 200 gramów.

PROWIANT
Waga [g] Liczba posiłków Łączna [g]
Racja marszowa 1 500 3 1500
Racja marszowa 2 500 3 1500
Racja obozowa 1 500 4 2000
Racja obozowa 2 500 5 2500
Racja uzupełniająca 200 20 4000
SUMA 11500

Racje marszowe to posiłki, które wymagają minimum nakładu pracy, w praktyce jedynie zalania wrzątkiem, można je nawet zalać zimną wodą. Racje obozowe to racje, które trzeba przygotować na ognisku. Nie ma w nich suszonego mięsa, które będzie uzupełniane polowaniem na drobną zwierzynę. Oba typy mają dwa warianty, dla urozmaicenia posiłków. Racje uzupełniające to racje które uzupełniają dietę o węglowodany i tłuszcz, gdy żywić się będziemy głównie mięsem dużego zwierzęcia. Są to też racje awaryjne, na wypadek utknięcia w dziczy i niemożności powrotu ani upolowania zwierzęcia.

Poniżej podaję zawartość każdego z posiłków. Podana jest też orientacyjna zawartość makroelementów (węglowodanów, białek, tłuszczy). Przy miesięcznym wyżywieniu ma to duże znaczenie. Niedobór węglowodanów (poniżej około 100 g dziennie) spowodowałby rewolucję metaboliczną w organizmie i początkowe bardzo silne osłabienie, którego chcemy uniknąć. Zbyt wiele tłuszczu to problemy z trawieniem: ból żołądka, brak apetytu (z moich własnych obserwacji) oraz potencjalnie biegunka. Zbyt wiele białka to problemy z nerkami. Posiłki muszą być więc zbilansowane, zawierać wystarczającą ilość węglowodanów, odpowiednią białka i tłuszczy i przy tym wystarczającą ilość kalorii.

RACJE MARSZOWE
Waga [g] Kalorie Węgl. [g] Biał. [g] Tłusz. [g]
Śniadanie 1
Granola 120 654 54 14 45
Mleko w proszku 50 248 19 13 13
Kakao 20 45 11 4 3
Cukier 10 39 10 0 0
Przekąska 1
Orzechy brazylijskie 100 656 12 14 66
Kolacja 1
Smalec 50 450 0 0 50
Kuskus 100 376 77 13 1
Suszone warzywa 50 150 21 6 1
SUMA 500 2618 204 64 179
Waga [g] Kalorie Węgl. [g] Biał. [g] Tłusz. [g]
Śniadanie 2
Płatki ryżowe 90 309,6 69,3 6,3 1
Mleko w proszku 50 248 19 13 13
Smalec 30 180 0 0 20
Kakao 20 45 11 4 3
Cukier 10 39 10 0 0
Przekąska 2
Czekolada 100 598 46 8 42
Kolacja 2
Smalec 50 450 0 0 50
Makaron 100 371 75 13 1
Suszone warzywa 50 150 21 6 1
SUMA 500 2390,6 251,3 50,3 131
RACJE OBOZOWE
Waga [g] Kalorie Węgl. [g] Biał. [g] Tłusz. [g]
Śniadanie 1
Suszone jaja 40 242 1 19 17
Krakersy 100 482 68 7 20
Mleko w proszku 50 248 19 13 13
Cukier 10 39 10 0 0
Przekąska 1
Orzechy brazylijskie 100 656 12 14 66
Obiadokolacja 1
Ryż 150 555 116 12 4
Smalec 50 450 0 0 50
SUMA 500 2672 226 65 170
Waga [g] Kalorie Węgl. [g] Biał. [g] Tłusz. [g]
Śniadanie 2
Mąka pełnoziarn. 100 340 72 13 2
Smalec 30 270 0 0 30
Mleko w proszku 50 248 19 13 13
Kakao 20 45 11 4 3
Przekąska 2
Czekolada 100 598 46 8 42
Obiadokolacja 2
Kasza 150 555 116 12 4
Smalec 50 450 0 0 50
SUMA 500 2506 264 50 144
Racje uzupełniające
Waga [g] Kalorie Węgl. [g] Biał. [g] Tłusz. [g]
Mąka pełnoziarn. 150 510 108 20 4
Smalec 50 450 0 0 50
SUMA 200 960 108 20 54

Na koniec lista zbiorcza całego prowiantu:

SKŁADNIKI Waga [g]
Granola 360
Mleko w proszku 750
Kakao 220
Cukier 100
Orzechy brazylijskie 700
Smalec 1990
Kuskus 300
Suszone warzywa 300
Płatki ryżowe 270
Czekolada 800
Makaron 300
Suszone jaja 160
Krakersy 400
Ryż 1350
Mąka pełnoziarnista 3500
SUMA 11500

Flinta

Od czasu gdy skończyłem z grubsza dziesięć lat moim wielkim marzeniem stało się wyruszyć w głęboki bór, przepastną kanadyjską knieję, z siekierą w garści i strzelbą na plecach. Nie szło w tym o rządzę mordu i zniszczenia, ale o kontakt z dziką przyrodą, przygodę i niezależność. Siekiera dawałaby mi możliwość samodzielnej budowy schronienia i ogrzania się przy ognisku, a strzelba pozwoliłaby ustrzelić coś na kolację i w razie czego obronić się przed rozjuszonym niedźwiedziem albo przebiegłym kuguarem. Minęły lata, a w moim marzeniu zmieniło się tylko to, że teraz wiem, jaka powinna być siekiera, jaka powinna być flinta, a dorosłość pozwala dziecięce marzenie spełnić.

Broń palna, podobnie jak siekiera, nóż czy choćby śrubokręt, to narzędzie. Narzędzia mogą być uniwersalne lub mniej czy bardziej specjalizowane. Gdy pracujemy w domu, warsztacie, na strzelnicy, lub gdy mamy luksus korzystania z transportu samochodowego, możemy sobie pozwolić na korzystanie z całego zestawu bardzo specjalizowanych narzędzi. Możemy mieć kilka noży do różnych zastosowań, kilka różnych siekier czy toporków, a także kilka sztuk broni palnej. Co jednak zrobić, gdy ruszamy w odludzie, gdzie wszystko musimy zanieść na własnych plecach? Potrzebujemy wtedy narzędzi lekkich, niezawodnych, uniwersalnych i skutecznych. Takich, które pomogą nam poradzić sobie z każdym możliwym zadaniem.

O nożach, czy siekierach „do lasu” można przeczytać wiele, nie będę więc tych tematów tutaj poruszał. Nie napisałbym niczego nowego i z pewnością naraził się bardziej doświadczonym pasjonatom. Mogę jednak napisać kilka słów o doborze broni palnej na tego typu wyprawę. Nie poruszę wszystkich możliwych aspektów, bo wymagałoby to napisania grubej książki, ale postaram przedstawić Wam mój tok rozumowania.

Na wstępie też uprzedzam tych z Was, którzy polują w Polsce, lub są do polskich realiów przyzwyczajeni, że przy wyborze broni na daleką wyprawę w odludzie muszę polegać na kalibrach i mocy amunicji, którą w innych warunkach uznalibyśmy za ledwie akceptowalną lub nawet nieakceptowalną. Niektóre wybory mogą nie spełniać polskich norm dotyczących energii wylotowej pocisku, mogą też dotyczyć polowań na zwierzynę na którą w Polsce się nie poluje albo przy użyciu rodzaju broni (np. rewolwery) czy amunicji (np. boczny zapłon .22LR) w Polsce do tego celu w ogóle nie stosowanych. Realia i prawo amerykańskiej dziczy bywają odmienne od polskiej kniei.

Od początku więc. Do czego mi jest ta broń w ogóle potrzebna? W głębokim buszu od broni oczekuję skuteczności przy polowaniu na małą zwierzynę, przy polowaniu na grubego zwierza oraz do samoobrony przed dzikimi zwierzętami. Strzelanin z ludźmi nie przewiduję. Do tego powinna być jak najlżejsza, niezawodna, w cenie którą jestem w stanie zapłacić oraz musi być legalna.

Należy oczywiście zaznaczyć, że podobnie jak i w przypadku innych narzędzi, jakakolwiek broń będzie lepsza niż żadna i można z dobrym skutkiem używać  nieoptymalnej. Przeczytać można opowieści o traperach polujących na wiewiórki przy użyciu wielkokalibrowych karabinów przeznaczonych bardziej na niedźwiedzie czy bizony niż małe gryzonie albo wręcz przeciwnie, o Inuitach polujących na niedźwiedzie grizzly przy użyciu amunicji bocznego zapłonu, kalibru .22LR, jednego z najsłabszych. Ci pierwsi radzili sobie strzelając w korę drzewa tuż obok wiewiórki: eksplodujące kawałki kory ogłuszały albo zabijały zwierzę. Ci drudzy stosując najróżniejsze sztuczki musieli trafić niedźwiedzia w czaszkę z tyłu tuż za uchem, gdzie kość jest najcieńsza. To wszystko oczywiście jest możliwe, tak samo jak możliwe jest ścięcie ogromnego drzewa przy użyciu tasaka albo wystruganie drzazgi przy użyciu kilkukilogramowego topora. Gdy jednak mamy wybór, staramy się dobrać narzędzie właściwe do przewidywanego zadania.

Gdyby nie ograniczała mnie waga sprzętu, jego objętość, kwestie finansowe czy prawne, to przydałyby się: karabinek małego kalibru (.22LR lub podobne) na drobną zwierzynę (np. wiewiórki), śrutówka na ptactwo (12ga. lub 20ga.), krótki i lekki karabinek do polowania w gęstych zaroślach (.30-.30Win, .44 magnum) gdzie zwierzę może wyjść z nagła w bliskiej odległości oraz karabin z lunetą, do polowań na długie dystanse (np. .308 Winchester albo .30-06 Springfield). Jaki z tym jest problem? Ano taki, że nie sposób leźć z czterema flintami do lasu na plecach! Ważyłoby to kilkanaście kilogramów najmarniej, byłoby niepraktyczne i niemądre.

2204f9

Mając powyższe na względzie ludzie wymyślili więc tzw. kniejówki. Są to kilkulufowe karabiny kombinowane. Mają np. jedną lufę gładką (jak w strzelbie) i jedną gwintowaną z małym kalibrem .22LR. Są drylingi z trzema lufami, w najróżniejszych konfiguracjach, itd. Problem z tego typu bronią jest taki, że większość drylingów to broń upiornie droga i dość delikatna. Są jednak praktyczne kniejówki, które gdybym miał taką możliwość zabrałbym ze sobą na wyprawę. Jest to na przykład amerykański Savage 24: dwulufowa broń w najbardziej popularnej konfiguracji posiadająca jedną lufę kalibru 20ga. oraz jedną kalibru .22LR (istnieją też inne kombinacje kalibrów). Taka broń umożliwia polowanie niemal na wszystko: kaliber 20ga. umożliwia polowanie śrutem na ptactwo, a załadowany pełną kulą lub breneką ma dość siły obalającej, by polować na dużą zwierzynę, oraz oddać jeden strzał w przypadku ataku zwierzęcia. Kaliber .22LR natomiast daje możliwość polowania na wszystko inne, a waga tej amunicji jest bardzo niewielka, co pozwala zabrać bardzo wiele nabojów na długi pobyt w kniei. Sama broń jest stosunkowo lekka, waży około 3 kg. Zabierając do niej na przykład 30 sztuk amunicji .20ga (20 gramów sztuka, 600 g całość) oraz 70 sztuk amunicji .22LR (5 gramów sztuka, 350 g całość), mamy broń, 100 naboi i około 4 kg wagi kompletu.

stevens-22-410

breech_savage_24

Alternatywną wersją tego zestawu, możliwą do stosowania w USA (w Polsce polowanie z bronią krótką nie jest legalne) jest zabranie lekkiego karabinka .22LR (np. składanego AR-7, który waży ledwie 1,5 kg) i rewolweru kalibru .44 magnum z długą lufą, także ważącego około 1,5 kg. Karabinek umożliwia polowanie na małą zwierzynę, rewolwer na grubą i jest bardzo dobrą bronią do samoobrony. Amunicja będzie do tego zestawu nieco lżejsza, gdyż .44 Magnum jest nieco lżejsze od 20ga., zestaw i sto sztuk naboi będzie ważył około 3,75 kilograma, rewolwer będzie niesiony na pasku, a złożony karabinek wygodnie w plecaku.

colt-anaconda_11

 

1920px-AR7rifle

Inną możliwą opcją jest jedna sztuka broni w kalibrze, który przy ręcznym elaborowaniu amunicji i stosowaniu różnych naważek prochu i różnych kul umożliwia polowanie na małą jak i dużą zwierzynę. Takim kalibrem jest np. karabinowy .30-30 Winchester. Naboje w najmocniejszej wersji uznawane są za adekwatne do polowań na jelenie, podczas gdy z najsłabszej, samodzielnie elaborowanej z okrągłą kulą .30 i małą naważką prochu można polować na wiewiórki, itp. Warto zaznaczyć, że kaliber ten ma stosunkowo niewielką moc jeśli chcemy się nim bronić przed szarżującym niedźwiedziem, albo polować na bardzo duże zwierzę: łosia, wapiti, grizzly, itp. Karabinki z lewarkiem są jednak lekkie i jakże klasyczne! Zestaw ze 100 nabojami powinien ważyć około 3,5 kg.

53904

Jeśli nie chcemy elaborować amunicji, a możemy sobie pozwolić na pewien nadbagaż, bardzo uniwersalną bronią staje się strzelba gładkolufowa. Klasyczna dwururka waży około 3 kg i umożliwia strzelanie rozmaitymi typami amunicji. Drobny śrut ustrzeli ptactwo i wiewiórki, średniej grubości wystrzeli chmarę kilkunastu kul średnicy kilku milimetrów zabójczo skutecznych na średnią zwierzynę (wielkości lisa czy kuguara), gruby śrut (np. #00 kilka kul średnicy 8,4 mm) z bardzo bliskiej odległości niemal zawsze zabije wszystko co chodzi po amerykańskiej ziemi, a jedna pełna kula czy breneka zrobi to z odległości większej. Mając do wyboru dwa najpopularniejsze wagomiary, czyli 12ga. i 20ga., możemy się zdecydować na ten cięższy (około 30 g sztuka) lub lżejszy (około 20 g sztuka).  Sto naboi będzie więc ważyć trzy lub dwa kilogramy, a cały zestaw pięć lub sześć kilogramów. Jest to więcej niż w przypadku poprzednich zestawów, ale jeśli możemy sobie na to pozwolić, lub gdy zabierzemy mniej sztuk amunicji, np. 50, to będzie to bardzo skuteczna broń. Dwunastka (mocniejszy kaliber) będzie lepsza do samoobrony i polowania na niebezpieczne zwierzęta (np. niedźwiedzie), natomiast dwudziestka będzie lżejsza o kilogram (przy 100 szt. amunicji) i także wciąż stosunkowo mocna. Wagomiar dwadzieścia odpowiada kalibrowi ponad 15 mm, a lżejszy od dwunastki pocisk daje bardziej płaską trajektorię lotu, dzięki czemu jest praktyczniejszy na dalsze dystanse. Ciężka i potężna dwunastka najlepiej spisuje się na bardzo krótkim dystansie (krzaki!), gdzie opad pocisku nie ma znaczenia, a ma znaczenie jego ogromna energia. Jeśli weźmiemy zaś klasyczną dwururkę z dwoma spustami, będziemy mogli załadować każdą z luf innym rodzajem amunicji, robiąc z niej niezawodną i diabelnie skuteczną formę kniejówki.

3 CAI SPM 12gax3in SXS 20in 3000317_0_0 (1)

Czy na tym koniec? Niemalże, ale nie do końca. Wspomniałem na początku o kwestiach prawnych. Co zrobić, jeśli nie mamy pozwolenia na broń na amunicję scaloną, a nadal chcemy ruszyć na wielką przygodę w amerykańską dzicz? Co jeśli chcemy poczuć smak dawnej, dziewiętnastowiecznej przygody? Możemy zdecydować się na broń czarnoprochową rozdzielnego ładowania. W Polsce jest dostępna bez pozwolenia, w Ameryce nie jest klasyfikowana jako broń palna i wiele z obostrzeń jej nie dotyczy.

Jaki model i kaliber wybrać? Trudno szukać wśród czarnoprochowców kniejówek. Próżno szukać rewolwerów o mocy dorównującej Magnum .44. Co zrobić? Zabrać strzelbę, dwururkę! Będzie miała niemal wszystkie zalety wspomnianej wyżej dwururki centralnego zapłonu. Dłużej będzie zajmowało jej ładowanie, jednak w przypadku polowań, a nawet obrony przed dzikimi zwierzętami nie ma to większego znaczenia. Jeśli dwa pierwsze strzały nie powaliły jelenia, ten już zdążył czmychnąć z linii strzału. Jeśli dwa pierwsze strzały nie powaliły atakującego niedźwiedzia, ten już siedzi ci na karku…

IMG_9788-4

Inną możliwością jest zabranie czarnoprochowego karabinu, np. typu Hawken (trzeba pilnować wagi, bo jedne potrafią ważyć 2,7 kg, a inne ponad 4 kg!), w kalibrze .50 do .58, o skoku gwintu umożliwiającym strzelanie okrągłą kulą jak i pociskiem. Będzie to pewna analogia powyżej wspomnianego karabinka w kalibrze .30-30: ciężkie pociski umożliwią polowanie na grubą zwierzynę, a okrągłe kule (albo jeszcze lepiej kule podkalibrowe umieszczone w sabocie) z małą naważką prochu pozwolą polować na drobnego zwierza.

690374

Zapytacie jeszcze być może co z wilgocią? Moje wielotygodniowe doświadczenie codziennego mieszkania w dziczy z czarnoprochowcem mówi mi, że jeśli o niego dbacie, to w najgorszym przypadku (wiele dni deszczu non-stop) może mieć lekko zawilgocony proch w komorze, co spowoduje opóźniony zapłon. Nigdy nie miałem w terenie niewypału wynikającego z wilgoci.

Na zbliżającą się wielkimi krokami wyprawę z Szymonem zabierzemy właśnie czarnoprochową dwulufową dwunastkę. Nakarmi nas i jakby co – obroni.

Howgh!

IMG_0550

IMG_0785 - Copy (2)

DSC03064

DSC03061

IMG_1439 (2)

IMG_1448

IMG_1458

Po staremu: ubiór

Wybierając się na ekspedycję w odległe, nieprzystępne rejony, potrzeba zadbać o właściwy strój. Strój musi być przemyślany, sprawdzony, dostosowany do warunków klimatycznych, zapewniać ochronę przed zimnem (ewentualnie upałem), wiatrem, deszczem. Musi być wygodny i jak najlżejszy, szczególnie jeśli ekwipunek musimy nieść na własnych plecach.

Współczesna technologia oferuje bogactwo możliwości: ciepłe kurtki puchowe, chroniące przed wiatrem warstwy soft-shell, chroniące przed deszczem i oddychające kurtki i spodnie z membraną, odprowadzającą wilgoć bieliznę termoaktywną, wygodne buty z dobrą podeszwą, itd., itp. Jedyne co potrzebne, by się bardzo wygodnie i praktycznie ubrać na wyprawę, to wiedza i pieniądze.

Co jednak zrobić, gdy stajemy przed wyzwaniem podróży w starym stylu? Gdy celowo odrzucamy cuda technologii, a nadal zależy nam, by ubiór był praktyczny, ciepły, w miarę możliwości lekki? W gruncie rzeczy przyda się to samo. Zamiast jednak przeglądać katalogi reklamowe współczesnych producentów sprzętu musimy raczej zajrzeć do starych ksiąg, gdzie ówcześni radzili sobie współczesnym, do grup rekonstrukcyjnych, a także być może, do własnego doświadczenia, jeśli już wcześniej próbowaliśmy obozować w starym stylu.

Czytając książkę Nessmuka, czy Krepsa, możemy spotkać się z poradami dotyczącymi stroju. Obaj piszą o wełnie: o spodniach, koszuli, kurtce. Ma być miękka, miła, ciepła. Każą zapomnieć o bawełnie, która nie grzeje tak dobrze i robi się fatalna, gdy zamoknie. Rady te pisali dla im współczesnych, mających wspólne wyobrażenie tego, jak ubrania wyglądały, co można było kupić w sklepie, co zamówić u krawca. My jesteśmy tutaj nieco stratni: musimy wyobrażać sobie pewne rzeczy, akceptować niedopowiedzenia, zadowalać się wizją znaną z filmów czy obrazów i brakiem własnego w tej materii doświadczenia.

Wyjazd, który organizujemy wspólnie z Szymonem, ma między innymi na celu wypełnienie tej luki. Pragniemy na powrót przywrócić życie dawnym strojom, przeżyć w nich długie tygodnie w dziczy, zobaczyć jak słowa z dawnych ksiąg przekładają się na rzeczywiste doświadczenie. W przewrotny sposób nasza wyprawa także jest tłumaczeniem, przekładem. Próbujemy przełożyć doświadczenie Amerykanów sprzed stu lat, na doświadczenie dwudziestopierwszowiecznych Polaków. Ubiór jest jednym z ważniejszych aspektów.

Przygotowania trwają. Nie wiem jeszcze, jaki strój będzie miał Szymon. Sam zabiorę: bieliznę (jednoczęściową z klapką na zapleczu), spodnie, kraciastą koszulę, czapkę rogatywkę, czapkę „myckę”, podkolanówki, gruby obszerny sweter, bardzo obszerną kangurkę uszytą z wojskowego koca, rękawiczki. Wszystko to będzie z wełny. Część z miłego merynosa, część gryząca jak diabli. Do tego będę miał wysokie skórzane buty armii fińskiej, oraz plecak z płótna, skóry i stali. Większość z ubrań jest stara: nie tylko kupiona w demobilu, gdzie wcześniej przeleżała całe dziesięciolecia, ale do tego i znoszona przeze mnie: buty i spodnie złaziłem w Laponii i na Krecie, koszulę wymęczyłem na poprzednim pobycie w Idaho.

Nowa jest kangurka. Podejrzewam, że spisze się doskonale. Zwykle nosząc rozmiar XL, kupiłem ją w rozmiarze XXXL, żeby mogła wejść na wszystkie warstwy ubrań, a także umożliwiała owinięcie się pod nią wełnianym kocem.

Poniżej sesja zdjęciowa ze strojem i wyposażeniem przygotowywanym na wyprawę. Sesja wykonana przez ZielonaStrona.net, fotografie wykonali Remigiusz Romaniuk i Papryka.

  1. Pierwsza warstwa: bielizna i podkolanówki. Fotografii brak, gdyż jeszcze nie dotarło zamówienie, no i chciałem wam oszczędzić wrażeń, a mi upokorzeń. Musicie mi uwierzyć na słowo, że będzie kowbojska jednoczęściówka z klapką na drugim końcu przewodu pokarmowego. Na osłodę stara fotografia:UnSt-boys.png
  2. Druga warstwa: koszula, spodnie, buty, czapka.IMG_1412

    IMG_1444

    IMG_1447

    IMG_1442

    (fotografie: R. Romaniuk)

  3. Trzecia warstwa: sweter.IMG_9807-11

    IMG_9827-16

    (fotografie: Papryka)

  4. Czwarta warstwa: bluza (kangurka, anorak).IMG_9872-36

    IMG_9891-39

    IMG_9922-45

    (fotografie: Papryka)

  5. Warstwa piąta: pałatka przeciwdeszczowa. Na razie fotografii brak.

Zainteresowały Was inne szczegóły? Plecak, strzelba, siekiera, manierka? O nich napiszę już wkrótce.

Howgh!
🙂