Blog

Na skraju dziczy

Idaho 2013

Wyprawa z Szymonem nie będzie moim pierwszym wyjazdem w dzikie Idaho, gdzie w 2013 roku polowałem przez dwa miesiące. Główna różnica od tegorocznego wyjazdu polegała na bardziej współczesnym wyposażeniu, oraz tym, że do obozu można było dojechać samochodem. Nieutwardzoną drogą, czterdzieści kilometrów od najbliższej ludzkiej osady, ale jednak. Żyłem z flintą i psem na skraju dziczy, u wrót przepastnej puszczy. Przychodzili jej dzicy mieszkańcy, by krążyć wokół naszej małej chatki: codziennie rano para kruków sprawdzała czy jeszcze żyję, obchodził obóz kuguar, spacerowała w okolicy niedźwiedzia mama z maleństwem, szczekały nocami kojoty i wyły wilki, biegały chmarami jelenie i przyjeżdżali czasem miejscowi myśliwi.

Żyłem tam i myślałem, co by było, gdybym opuścił w miarę bezpieczne rubieże cywilizacji i zapuścił się wgłąb bezdennej kniei. Do tego porzucił cywilizacyjne udogodnienia i zrobił to po staremu, w wełnianej kapocie i w skórzanych trzewikach… Myśl dojrzewała pięć lat, by wreszcie zaowocować. To już tak niedługo, za tydzień!

Póki co siedzę i przeglądam zdjęcia z tamtego wyjazdu, czytam stare notatki, odświeżam kontakty ze znajomymi z Idaho i pakuję plecak.

IMG_0529.JPG

IMG_0211.JPG

IMG_0207.JPG

IMG_0296.JPG

IMG_0412.JPG

IMG_0461.JPG

IMG_0251.JPG

IMG_0517.JPG

IMG_0559.JPG

IMG_0649.JPG

IMG_0620.JPG

IMG_0624.JPG

IMG_0665.JPG

IMG_0674.JPG

IMG_0702.JPG

IMG_0768.JPG

IMG_0632.JPG

IMG_0799.JPG

IMG_0837

IMG_0901.JPG

IMG_0953.JPG

IMG_0848.JPG

IMG_0964.JPG

IMG_0969.JPG

IMG_0963.JPG

IMG_1044.JPG

IMG_1030.JPG

IMG_1085.JPG

IMG_1132.JPG

IMG_1150.JPG

IMG_1120.JPG

IMG_1200

IMG_1215.JPG

Traperskie jadło

Wyobrażając sobie samotne traperskie życie w dziczy, można wpaść w pułapkę  idealizacji i niedocenienia trudów i wyzwań, jakie przed nami takie życie może stawiać. W szczególności może dotyczyć to prowiantu: możemy wyobrażać sobie, że ustrzelona na kolację wiewiórka i zebrane w czasie dnia runo leśne albo kora z drzewa zaspokoją nasze potrzeby. Tak oczywiście nie będzie, nie będzie to aż tak proste. Możemy też wpaść w drugą skrajność i straszyć się wizją śmierci z niedożywienia albo zatrucia pokarmowego, niechybnie przywołując współczesną popkulturową ikonę Christophera McCandlessa, zwanego też Alexandrem Supertrampem, który znany jest z tego, że wyruszył na Alaskę, by po trzech miesiącach życia w głuszy zemrzeć z głodu i choroby, a którego unieśmiertelnili Jon Krakauer w książce „Into the Wild” i Sean Pean w filmie o tym samym tytule.

IMG_0768.JPG

Jak będzie w naszym konkretnym przypadku, jeśli zdecydujemy się żyć życiem łowcy i zbieracza zależy od bardzo wielu czynników: od flory, fauny, pogody, pory roku, naszego stanu zdrowia, wiedzy i umiejętności które posiadamy, odrobiny szczęścia, ale przede wszystkim od czasu, który zamierzamy spędzić w głuszy. Żeby nie szukać daleko: Chris McCandless zmarł po ponad trzech miesiącach życia w alaskańskim buszu. Gdyby wrócił po miesiącu, podtuczyłby się szybko w lokalnych fastfoodach, a świat by o nim i jego historii nigdy nie usłyszał. Z drugiej strony, każda z moich własnych eskapad, na których niedojadałem albo głodowałem, które trwały od kilku dni do dwóch miesięcy, każda z nich mogłaby się zakończyć inaczej, gdyby trwała o wiele dłużej. Wniosek natomiast jaki musimy z tego wysnuć jest taki, że im dłuższy pobyt z dala od cywilizacji, tym bardziej poważnie musimy traktować kwestię wyżywienia i tym lepiej nasza dieta musi być zbilansowana w makro- i mikroelementy, oraz przede wszystkim kalorie. Brak witaminy C przez tydzień czy dwa nic nam nie zrobi, po dłuższym czasie jednak spowoduje szkorbut. Podobnie będzie z innymi niedoborami lub nadmiarami mikroelementów. Zbyt długi i zbyt duży deficyt kalorii skończy się zaś niechybnie śmiercią.

***

Z Szymonem wyruszamy wkrótce na miesięczną eskapadę w Góry Skaliste. Ponieważ przyjmuje się, że bez jedzenia człowiek może wytrzymać przeciętnie trzy tygodnie (wytrzymać czyli konać z głodu przez cały ten czas), to należy uznać, że nasz pobyt jest wystarczająco długi, żeby podejść do sprawy prowiantu śmiertelnie poważnie. Jak się do tego zabrać?

IMG_0370.JPG

Gdybyśmy szli w knieję ze współczesnym sprzętem, musielibyśmy porzucić pomysł zabierania wojskowych racji żywnościowych. Te zapewniłyby nam kalorie i wartości odżywcze, ale waga racji wynosząca zwykle niecałe 2 kg dałaby w sumie 50 kg prowiantu na miesiąc. Piechota zmotoryzowana może sobie na takie coś pozwolić, my nie moglibyśmy. Moglibyśmy natomiast przygotować własny prowiant. Ja zwykle na długie wędrówki z plecakiem przygotowuję własne wyżywienie, które pakuję w porcje po 500 g na dzień które dają około 2300 – 2500 kcal (skład znajdziecie poniżej w artykule). Dałoby to 15 kg prowiantu na miesiąc, czyli byłoby do udźwignięcia. Dzienne zapotrzebowanie przy marszu albo ciężkiej pracy w lesie to około 4000 kcal, czyli dzienny deficyt wynosiłby około 1500 – 1800 kcal. Przez miesiąc oznaczałoby to schudniecie o około 10 kg. To bardzo dużo, konieczna jest więc korekta, powiedzmy, że prowiant powinien ważyć więc 700 g dziennie i 20 kg w całości.

IMG_0395

Gdybyśmy więc szli w knieję ze współczesnym sprzętem, moglibyśmy stosując nowoczesne materiały odchudzić bazową wagę plecaka (cały sprzęt bez żywności i wody) do około 10 kg i nieść w sumie 30 kg. Byłoby to wykonalne. My jednak nie idziemy ze sprzętem współczesnym, a ze starym, który sam będzie ważył co najmniej 20 kg. Dołożenie do tego 20 kilogramów prowiantu sprawiłoby, że plecaki ważyłyby po 40 do 50 kg, co byłoby nie do uniesienia.

Co robić? Objuczyć konia, załadować kanadyjkę, zatrudnić tragarza albo zabrać mniej prowiantu, a braki uzupełniać polując i zbierając. Kusi więc myśl: czy można byłoby zupełnie zrezygnować z zabierania żywności i polegać na darach lasu w stu procentach? Można z pewnością tego spróbować, żeby przekonać jak bardzo wymagające jest to zadanie. Jednak nie przez miesiąc! W marcu br. wybrałem się z Kubą Doroszem, z  Universal Survival by przez 10 dni na pustkowiach Krety żywić się darami natury i przekonać o tym na własnej skórze. Kuba pomimo przejściowych trudności (torsje) sobie poradził, ja skończyłem w szpitalu z wysoką gorączką, gdy niedożywiony i przeciążony układ odpornościowy poddał się i dostałem ostrego bakteryjnego zapalenia gardła. Na jesieni tego roku na kanale youtube Kuby powinna pojawić się relacja video z tej wyprawy.

Jakiś prowiant trzeba więc zabrać, taki który zapewni minimum kalorii, byśmy na polowaniu nie popadali z wyczerpania. Podobny scenariusz także już wcześniej przerabiałem: na poprzedniej wyprawie do Idaho miałem żywność zapewniającą około 1000 kcal dziennie, resztę uzupełniając polowaniem. Piękny to był czas, ale i jakże trudny! Upolowana wiewiórka czy dwie dawała ledwie kilkaset kalorii dziennie i zanim więc udało mi się upolować dużego zwierza, tłustego dorodnego jelenia, cierpiałem głód okrutny, który odciskał głębokie piętno na moim ciele i duszy. Długo by opowiadać, książkę pewnie lepiej byłoby napisać. W tej chwili jednak ważny dla nas wniosek: na czas polowania (a także wcześniejszego marszu do obozu) powinniśmy zapewnić sobie solidne wyżywienie, by móc z niego zrezygnować dopiero, gdy uda nam się upolować duże zwierzę. Polowanie na drobną zwierzynę zaś traktować jak urozmaicenie pokarmu i dostarczenie wartościowego białka, ale nie jako główne źródło kalorii.

IMG_1135.JPG

Jest jeszcze jeden problem. Polowanie ma to do siebie bowiem, że jego powodzenie jest niepewne. Elmer Kreps w swoim „Poradniku trapera” każe się nie wygłupiać, nie liczyć na szczęście na polowaniu i zabrać na miesiąc pełen prowiant: 40 kilogramów żywności dającej niemal 4000 kcal dziennie. W tej samej książce uczy też jak juczyć konie, co daje nam pełen obraz wypraw w jego stylu. Trzeba przy tym pamiętać, że był zawodowcem, który w lesie pracował, a nie spełniał marzenia czy stawiał sobie wyzwania. My nie mamy koni jucznych, mamy głód przygody i wyzwań, chcemy jednak uniknąć głodowania gdyby polowanie się nie udało. Nasz plan jest więc taki, żeby zabrać pełne racje żywnościowe na dni marszowe oraz te przeznaczone na polowanie. Jeśli w ciągu tygodnia polowanie nie powiedzie się, będziemy musieli wrócić do punktu startowego, po przygotowane wcześniej awaryjne racje żywnościowe. Doekwipowani będziemy w stanie o pełnych brzuchach i jasnych umysłach doczekać końca wyprawy. Jeśli zaś polowanie powiedzie się, zamiast wracać po zapasy, zajmiemy się sprawianiem zwierzęcia i konserwowaniem mięsa. Będziemy mieli na te dni przygotowane minimalistyczne racje żywnościowe składające się głównie z mąki, które złagodzą nieco mięsną dietę z jeleniny czy niedźwiedziny.

IMG_0926.JPG

***

Poniżej podaję listę prowiantu. Pamiętajcie, że diet i możliwych jadłospisów jest pewnie z googol! Są diety niskotłuszczowe, wysokotłuszczowe, ketogeniczne, bezmięsne, bezglutenowe, itd., itp. O czym to świadczy? O ogromnej elastyczności ludzkiego organizmu w przyswajaniu pokarmu i wartości odżywczych. Poniższa lista dostosowana jest zaś do mojego prywatnego, własnego, osobistego organizmu i przyzwyczajeń żywieniowych. Szymon będzie miał swoją listę. Pamiętajcie też, że jest to lista „w starym stylu”, gdzie staramy się żywić na wzór dawnych traperów. Większość składników byłaby nieobca Krepsowi czy Nessmukowi. Współczesnych liofilizatów zabrać ze sobą zaś nie możemy.

Waga prowiantu to 11,5 kg, w tym codziennie zapewnione minimum 200 g węglowodanów, 6 racji marszowych, 9 racji obozowych (2 dni przeznaczone na budowę obozu i 7 na polowanie) oraz 20 uzupełniających racji po 200 gramów.

PROWIANT
Waga [g] Liczba posiłków Łączna [g]
Racja marszowa 1 500 3 1500
Racja marszowa 2 500 3 1500
Racja obozowa 1 500 4 2000
Racja obozowa 2 500 5 2500
Racja uzupełniająca 200 20 4000
SUMA 11500

Racje marszowe to posiłki, które wymagają minimum nakładu pracy, w praktyce jedynie zalania wrzątkiem, można je nawet zalać zimną wodą. Racje obozowe to racje, które trzeba przygotować na ognisku. Nie ma w nich suszonego mięsa, które będzie uzupełniane polowaniem na drobną zwierzynę. Oba typy mają dwa warianty, dla urozmaicenia posiłków. Racje uzupełniające to racje które uzupełniają dietę o węglowodany i tłuszcz, gdy żywić się będziemy głównie mięsem dużego zwierzęcia. Są to też racje awaryjne, na wypadek utknięcia w dziczy i niemożności powrotu ani upolowania zwierzęcia.

Poniżej podaję zawartość każdego z posiłków. Podana jest też orientacyjna zawartość makroelementów (węglowodanów, białek, tłuszczy). Przy miesięcznym wyżywieniu ma to duże znaczenie. Niedobór węglowodanów (poniżej około 100 g dziennie) spowodowałby rewolucję metaboliczną w organizmie i początkowe bardzo silne osłabienie, którego chcemy uniknąć. Zbyt wiele tłuszczu to problemy z trawieniem: ból żołądka, brak apetytu (z moich własnych obserwacji) oraz potencjalnie biegunka. Zbyt wiele białka to problemy z nerkami. Posiłki muszą być więc zbilansowane, zawierać wystarczającą ilość węglowodanów, odpowiednią białka i tłuszczy i przy tym wystarczającą ilość kalorii.

RACJE MARSZOWE
Waga [g] Kalorie Węgl. [g] Biał. [g] Tłusz. [g]
Śniadanie 1
Granola 120 654 54 14 45
Mleko w proszku 50 248 19 13 13
Kakao 20 45 11 4 3
Cukier 10 39 10 0 0
Przekąska 1
Orzechy brazylijskie 100 656 12 14 66
Kolacja 1
Smalec 50 450 0 0 50
Kuskus 100 376 77 13 1
Suszone warzywa 50 150 21 6 1
SUMA 500 2618 204 64 179
Waga [g] Kalorie Węgl. [g] Biał. [g] Tłusz. [g]
Śniadanie 2
Płatki ryżowe 90 309,6 69,3 6,3 1
Mleko w proszku 50 248 19 13 13
Smalec 30 180 0 0 20
Kakao 20 45 11 4 3
Cukier 10 39 10 0 0
Przekąska 2
Czekolada 100 598 46 8 42
Kolacja 2
Smalec 50 450 0 0 50
Makaron 100 371 75 13 1
Suszone warzywa 50 150 21 6 1
SUMA 500 2390,6 251,3 50,3 131
RACJE OBOZOWE
Waga [g] Kalorie Węgl. [g] Biał. [g] Tłusz. [g]
Śniadanie 1
Suszone jaja 40 242 1 19 17
Krakersy 100 482 68 7 20
Mleko w proszku 50 248 19 13 13
Cukier 10 39 10 0 0
Przekąska 1
Orzechy brazylijskie 100 656 12 14 66
Obiadokolacja 1
Ryż 150 555 116 12 4
Smalec 50 450 0 0 50
SUMA 500 2672 226 65 170
Waga [g] Kalorie Węgl. [g] Biał. [g] Tłusz. [g]
Śniadanie 2
Mąka pełnoziarn. 100 340 72 13 2
Smalec 30 270 0 0 30
Mleko w proszku 50 248 19 13 13
Kakao 20 45 11 4 3
Przekąska 2
Czekolada 100 598 46 8 42
Obiadokolacja 2
Kasza 150 555 116 12 4
Smalec 50 450 0 0 50
SUMA 500 2506 264 50 144
Racje uzupełniające
Waga [g] Kalorie Węgl. [g] Biał. [g] Tłusz. [g]
Mąka pełnoziarn. 150 510 108 20 4
Smalec 50 450 0 0 50
SUMA 200 960 108 20 54

Na koniec lista zbiorcza całego prowiantu:

SKŁADNIKI Waga [g]
Granola 360
Mleko w proszku 750
Kakao 220
Cukier 100
Orzechy brazylijskie 700
Smalec 1990
Kuskus 300
Suszone warzywa 300
Płatki ryżowe 270
Czekolada 800
Makaron 300
Suszone jaja 160
Krakersy 400
Ryż 1350
Mąka pełnoziarnista 3500
SUMA 11500

Flinta

Od czasu gdy skończyłem z grubsza dziesięć lat moim wielkim marzeniem stało się wyruszyć w głęboki bór, przepastną kanadyjską knieję, z siekierą w garści i strzelbą na plecach. Nie szło w tym o rządzę mordu i zniszczenia, ale o kontakt z dziką przyrodą, przygodę i niezależność. Siekiera dawałaby mi możliwość samodzielnej budowy schronienia i ogrzania się przy ognisku, a strzelba pozwoliłaby ustrzelić coś na kolację i w razie czego obronić się przed rozjuszonym niedźwiedziem albo przebiegłym kuguarem. Minęły lata, a w moim marzeniu zmieniło się tylko to, że teraz wiem, jaka powinna być siekiera, jaka powinna być flinta, a dorosłość pozwala dziecięce marzenie spełnić.

Broń palna, podobnie jak siekiera, nóż czy choćby śrubokręt, to narzędzie. Narzędzia mogą być uniwersalne lub mniej czy bardziej specjalizowane. Gdy pracujemy w domu, warsztacie, na strzelnicy, lub gdy mamy luksus korzystania z transportu samochodowego, możemy sobie pozwolić na korzystanie z całego zestawu bardzo specjalizowanych narzędzi. Możemy mieć kilka noży do różnych zastosowań, kilka różnych siekier czy toporków, a także kilka sztuk broni palnej. Co jednak zrobić, gdy ruszamy w odludzie, gdzie wszystko musimy zanieść na własnych plecach? Potrzebujemy wtedy narzędzi lekkich, niezawodnych, uniwersalnych i skutecznych. Takich, które pomogą nam poradzić sobie z każdym możliwym zadaniem.

O nożach, czy siekierach „do lasu” można przeczytać wiele, nie będę więc tych tematów tutaj poruszał. Nie napisałbym niczego nowego i z pewnością naraził się bardziej doświadczonym pasjonatom. Mogę jednak napisać kilka słów o doborze broni palnej na tego typu wyprawę. Nie poruszę wszystkich możliwych aspektów, bo wymagałoby to napisania grubej książki, ale postaram przedstawić Wam mój tok rozumowania.

Na wstępie też uprzedzam tych z Was, którzy polują w Polsce, lub są do polskich realiów przyzwyczajeni, że przy wyborze broni na daleką wyprawę w odludzie muszę polegać na kalibrach i mocy amunicji, którą w innych warunkach uznalibyśmy za ledwie akceptowalną lub nawet nieakceptowalną. Niektóre wybory mogą nie spełniać polskich norm dotyczących energii wylotowej pocisku, mogą też dotyczyć polowań na zwierzynę na którą w Polsce się nie poluje albo przy użyciu rodzaju broni (np. rewolwery) czy amunicji (np. boczny zapłon .22LR) w Polsce do tego celu w ogóle nie stosowanych. Realia i prawo amerykańskiej dziczy bywają odmienne od polskiej kniei.

Od początku więc. Do czego mi jest ta broń w ogóle potrzebna? W głębokim buszu od broni oczekuję skuteczności przy polowaniu na małą zwierzynę, przy polowaniu na grubego zwierza oraz do samoobrony przed dzikimi zwierzętami. Strzelanin z ludźmi nie przewiduję. Do tego powinna być jak najlżejsza, niezawodna, w cenie którą jestem w stanie zapłacić oraz musi być legalna.

Należy oczywiście zaznaczyć, że podobnie jak i w przypadku innych narzędzi, jakakolwiek broń będzie lepsza niż żadna i można z dobrym skutkiem używać  nieoptymalnej. Przeczytać można opowieści o traperach polujących na wiewiórki przy użyciu wielkokalibrowych karabinów przeznaczonych bardziej na niedźwiedzie czy bizony niż małe gryzonie albo wręcz przeciwnie, o Inuitach polujących na niedźwiedzie grizzly przy użyciu amunicji bocznego zapłonu, kalibru .22LR, jednego z najsłabszych. Ci pierwsi radzili sobie strzelając w korę drzewa tuż obok wiewiórki: eksplodujące kawałki kory ogłuszały albo zabijały zwierzę. Ci drudzy stosując najróżniejsze sztuczki musieli trafić niedźwiedzia w czaszkę z tyłu tuż za uchem, gdzie kość jest najcieńsza. To wszystko oczywiście jest możliwe, tak samo jak możliwe jest ścięcie ogromnego drzewa przy użyciu tasaka albo wystruganie drzazgi przy użyciu kilkukilogramowego topora. Gdy jednak mamy wybór, staramy się dobrać narzędzie właściwe do przewidywanego zadania.

Gdyby nie ograniczała mnie waga sprzętu, jego objętość, kwestie finansowe czy prawne, to przydałyby się: karabinek małego kalibru (.22LR lub podobne) na drobną zwierzynę (np. wiewiórki), śrutówka na ptactwo (12ga. lub 20ga.), krótki i lekki karabinek do polowania w gęstych zaroślach (.30-.30Win, .44 magnum) gdzie zwierzę może wyjść z nagła w bliskiej odległości oraz karabin z lunetą, do polowań na długie dystanse (np. .308 Winchester albo .30-06 Springfield). Jaki z tym jest problem? Ano taki, że nie sposób leźć z czterema flintami do lasu na plecach! Ważyłoby to kilkanaście kilogramów najmarniej, byłoby niepraktyczne i niemądre.

2204f9

Mając powyższe na względzie ludzie wymyślili więc tzw. kniejówki. Są to kilkulufowe karabiny kombinowane. Mają np. jedną lufę gładką (jak w strzelbie) i jedną gwintowaną z małym kalibrem .22LR. Są drylingi z trzema lufami, w najróżniejszych konfiguracjach, itd. Problem z tego typu bronią jest taki, że większość drylingów to broń upiornie droga i dość delikatna. Są jednak praktyczne kniejówki, które gdybym miał taką możliwość zabrałbym ze sobą na wyprawę. Jest to na przykład amerykański Savage 24: dwulufowa broń w najbardziej popularnej konfiguracji posiadająca jedną lufę kalibru 20ga. oraz jedną kalibru .22LR (istnieją też inne kombinacje kalibrów). Taka broń umożliwia polowanie niemal na wszystko: kaliber 20ga. umożliwia polowanie śrutem na ptactwo, a załadowany pełną kulą lub breneką ma dość siły obalającej, by polować na dużą zwierzynę, oraz oddać jeden strzał w przypadku ataku zwierzęcia. Kaliber .22LR natomiast daje możliwość polowania na wszystko inne, a waga tej amunicji jest bardzo niewielka, co pozwala zabrać bardzo wiele nabojów na długi pobyt w kniei. Sama broń jest stosunkowo lekka, waży około 3 kg. Zabierając do niej na przykład 30 sztuk amunicji .20ga (20 gramów sztuka, 600 g całość) oraz 70 sztuk amunicji .22LR (5 gramów sztuka, 350 g całość), mamy broń, 100 naboi i około 4 kg wagi kompletu.

stevens-22-410

breech_savage_24

Alternatywną wersją tego zestawu, możliwą do stosowania w USA (w Polsce polowanie z bronią krótką nie jest legalne) jest zabranie lekkiego karabinka .22LR (np. składanego AR-7, który waży ledwie 1,5 kg) i rewolweru kalibru .44 magnum z długą lufą, także ważącego około 1,5 kg. Karabinek umożliwia polowanie na małą zwierzynę, rewolwer na grubą i jest bardzo dobrą bronią do samoobrony. Amunicja będzie do tego zestawu nieco lżejsza, gdyż .44 Magnum jest nieco lżejsze od 20ga., zestaw i sto sztuk naboi będzie ważył około 3,75 kilograma, rewolwer będzie niesiony na pasku, a złożony karabinek wygodnie w plecaku.

colt-anaconda_11

 

1920px-AR7rifle

Inną możliwą opcją jest jedna sztuka broni w kalibrze, który przy ręcznym elaborowaniu amunicji i stosowaniu różnych naważek prochu i różnych kul umożliwia polowanie na małą jak i dużą zwierzynę. Takim kalibrem jest np. karabinowy .30-30 Winchester. Naboje w najmocniejszej wersji uznawane są za adekwatne do polowań na jelenie, podczas gdy z najsłabszej, samodzielnie elaborowanej z okrągłą kulą .30 i małą naważką prochu można polować na wiewiórki, itp. Warto zaznaczyć, że kaliber ten ma stosunkowo niewielką moc jeśli chcemy się nim bronić przed szarżującym niedźwiedziem, albo polować na bardzo duże zwierzę: łosia, wapiti, grizzly, itp. Karabinki z lewarkiem są jednak lekkie i jakże klasyczne! Zestaw ze 100 nabojami powinien ważyć około 3,5 kg.

53904

Jeśli nie chcemy elaborować amunicji, a możemy sobie pozwolić na pewien nadbagaż, bardzo uniwersalną bronią staje się strzelba gładkolufowa. Klasyczna dwururka waży około 3 kg i umożliwia strzelanie rozmaitymi typami amunicji. Drobny śrut ustrzeli ptactwo i wiewiórki, średniej grubości wystrzeli chmarę kilkunastu kul średnicy kilku milimetrów zabójczo skutecznych na średnią zwierzynę (wielkości lisa czy kuguara), gruby śrut (np. #00 kilka kul średnicy 8,4 mm) z bardzo bliskiej odległości niemal zawsze zabije wszystko co chodzi po amerykańskiej ziemi, a jedna pełna kula czy breneka zrobi to z odległości większej. Mając do wyboru dwa najpopularniejsze wagomiary, czyli 12ga. i 20ga., możemy się zdecydować na ten cięższy (około 30 g sztuka) lub lżejszy (około 20 g sztuka).  Sto naboi będzie więc ważyć trzy lub dwa kilogramy, a cały zestaw pięć lub sześć kilogramów. Jest to więcej niż w przypadku poprzednich zestawów, ale jeśli możemy sobie na to pozwolić, lub gdy zabierzemy mniej sztuk amunicji, np. 50, to będzie to bardzo skuteczna broń. Dwunastka (mocniejszy kaliber) będzie lepsza do samoobrony i polowania na niebezpieczne zwierzęta (np. niedźwiedzie), natomiast dwudziestka będzie lżejsza o kilogram (przy 100 szt. amunicji) i także wciąż stosunkowo mocna. Wagomiar dwadzieścia odpowiada kalibrowi ponad 15 mm, a lżejszy od dwunastki pocisk daje bardziej płaską trajektorię lotu, dzięki czemu jest praktyczniejszy na dalsze dystanse. Ciężka i potężna dwunastka najlepiej spisuje się na bardzo krótkim dystansie (krzaki!), gdzie opad pocisku nie ma znaczenia, a ma znaczenie jego ogromna energia. Jeśli weźmiemy zaś klasyczną dwururkę z dwoma spustami, będziemy mogli załadować każdą z luf innym rodzajem amunicji, robiąc z niej niezawodną i diabelnie skuteczną formę kniejówki.

3 CAI SPM 12gax3in SXS 20in 3000317_0_0 (1)

Czy na tym koniec? Niemalże, ale nie do końca. Wspomniałem na początku o kwestiach prawnych. Co zrobić, jeśli nie mamy pozwolenia na broń na amunicję scaloną, a nadal chcemy ruszyć na wielką przygodę w amerykańską dzicz? Co jeśli chcemy poczuć smak dawnej, dziewiętnastowiecznej przygody? Możemy zdecydować się na broń czarnoprochową rozdzielnego ładowania. W Polsce jest dostępna bez pozwolenia, w Ameryce nie jest klasyfikowana jako broń palna i wiele z obostrzeń jej nie dotyczy.

Jaki model i kaliber wybrać? Trudno szukać wśród czarnoprochowców kniejówek. Próżno szukać rewolwerów o mocy dorównującej Magnum .44. Co zrobić? Zabrać strzelbę, dwururkę! Będzie miała niemal wszystkie zalety wspomnianej wyżej dwururki centralnego zapłonu. Dłużej będzie zajmowało jej ładowanie, jednak w przypadku polowań, a nawet obrony przed dzikimi zwierzętami nie ma to większego znaczenia. Jeśli dwa pierwsze strzały nie powaliły jelenia, ten już zdążył czmychnąć z linii strzału. Jeśli dwa pierwsze strzały nie powaliły atakującego niedźwiedzia, ten już siedzi ci na karku…

IMG_9788-4

Inną możliwością jest zabranie czarnoprochowego karabinu, np. typu Hawken (trzeba pilnować wagi, bo jedne potrafią ważyć 2,7 kg, a inne ponad 4 kg!), w kalibrze .50 do .58, o skoku gwintu umożliwiającym strzelanie okrągłą kulą jak i pociskiem. Będzie to pewna analogia powyżej wspomnianego karabinka w kalibrze .30-30: ciężkie pociski umożliwią polowanie na grubą zwierzynę, a okrągłe kule (albo jeszcze lepiej kule podkalibrowe umieszczone w sabocie) z małą naważką prochu pozwolą polować na drobnego zwierza.

690374

Zapytacie jeszcze być może co z wilgocią? Moje wielotygodniowe doświadczenie codziennego mieszkania w dziczy z czarnoprochowcem mówi mi, że jeśli o niego dbacie, to w najgorszym przypadku (wiele dni deszczu non-stop) może mieć lekko zawilgocony proch w komorze, co spowoduje opóźniony zapłon. Nigdy nie miałem w terenie niewypału wynikającego z wilgoci.

Na zbliżającą się wielkimi krokami wyprawę z Szymonem zabierzemy właśnie czarnoprochową dwulufową dwunastkę. Nakarmi nas i jakby co – obroni.

Howgh!

IMG_0550

IMG_0785 - Copy (2)

DSC03064

DSC03061

IMG_1439 (2)

IMG_1448

IMG_1458

Po staremu: ubiór

Wybierając się na ekspedycję w odległe, nieprzystępne rejony, potrzeba zadbać o właściwy strój. Strój musi być przemyślany, sprawdzony, dostosowany do warunków klimatycznych, zapewniać ochronę przed zimnem (ewentualnie upałem), wiatrem, deszczem. Musi być wygodny i jak najlżejszy, szczególnie jeśli ekwipunek musimy nieść na własnych plecach.

Współczesna technologia oferuje bogactwo możliwości: ciepłe kurtki puchowe, chroniące przed wiatrem warstwy soft-shell, chroniące przed deszczem i oddychające kurtki i spodnie z membraną, odprowadzającą wilgoć bieliznę termoaktywną, wygodne buty z dobrą podeszwą, itd., itp. Jedyne co potrzebne, by się bardzo wygodnie i praktycznie ubrać na wyprawę, to wiedza i pieniądze.

Co jednak zrobić, gdy stajemy przed wyzwaniem podróży w starym stylu? Gdy celowo odrzucamy cuda technologii, a nadal zależy nam, by ubiór był praktyczny, ciepły, w miarę możliwości lekki? W gruncie rzeczy przyda się to samo. Zamiast jednak przeglądać katalogi reklamowe współczesnych producentów sprzętu musimy raczej zajrzeć do starych ksiąg, gdzie ówcześni radzili sobie współczesnym, do grup rekonstrukcyjnych, a także być może, do własnego doświadczenia, jeśli już wcześniej próbowaliśmy obozować w starym stylu.

Czytając książkę Nessmuka, czy Krepsa, możemy spotkać się z poradami dotyczącymi stroju. Obaj piszą o wełnie: o spodniach, koszuli, kurtce. Ma być miękka, miła, ciepła. Każą zapomnieć o bawełnie, która nie grzeje tak dobrze i robi się fatalna, gdy zamoknie. Rady te pisali dla im współczesnych, mających wspólne wyobrażenie tego, jak ubrania wyglądały, co można było kupić w sklepie, co zamówić u krawca. My jesteśmy tutaj nieco stratni: musimy wyobrażać sobie pewne rzeczy, akceptować niedopowiedzenia, zadowalać się wizją znaną z filmów czy obrazów i brakiem własnego w tej materii doświadczenia.

Wyjazd, który organizujemy wspólnie z Szymonem, ma między innymi na celu wypełnienie tej luki. Pragniemy na powrót przywrócić życie dawnym strojom, przeżyć w nich długie tygodnie w dziczy, zobaczyć jak słowa z dawnych ksiąg przekładają się na rzeczywiste doświadczenie. W przewrotny sposób nasza wyprawa także jest tłumaczeniem, przekładem. Próbujemy przełożyć doświadczenie Amerykanów sprzed stu lat, na doświadczenie dwudziestopierwszowiecznych Polaków. Ubiór jest jednym z ważniejszych aspektów.

Przygotowania trwają. Nie wiem jeszcze, jaki strój będzie miał Szymon. Sam zabiorę: bieliznę (jednoczęściową z klapką na zapleczu), spodnie, kraciastą koszulę, czapkę rogatywkę, czapkę „myckę”, podkolanówki, gruby obszerny sweter, bardzo obszerną kangurkę uszytą z wojskowego koca, rękawiczki. Wszystko to będzie z wełny. Część z miłego merynosa, część gryząca jak diabli. Do tego będę miał wysokie skórzane buty armii fińskiej, oraz plecak z płótna, skóry i stali. Większość z ubrań jest stara: nie tylko kupiona w demobilu, gdzie wcześniej przeleżała całe dziesięciolecia, ale do tego i znoszona przeze mnie: buty i spodnie złaziłem w Laponii i na Krecie, koszulę wymęczyłem na poprzednim pobycie w Idaho.

Nowa jest kangurka. Podejrzewam, że spisze się doskonale. Zwykle nosząc rozmiar XL, kupiłem ją w rozmiarze XXXL, żeby mogła wejść na wszystkie warstwy ubrań, a także umożliwiała owinięcie się pod nią wełnianym kocem.

Poniżej sesja zdjęciowa ze strojem i wyposażeniem przygotowywanym na wyprawę. Sesja wykonana przez ZielonaStrona.net, fotografie wykonali Remigiusz Romaniuk i Papryka.

  1. Pierwsza warstwa: bielizna i podkolanówki. Fotografii brak, gdyż jeszcze nie dotarło zamówienie, no i chciałem wam oszczędzić wrażeń, a mi upokorzeń. Musicie mi uwierzyć na słowo, że będzie kowbojska jednoczęściówka z klapką na drugim końcu przewodu pokarmowego. Na osłodę stara fotografia:UnSt-boys.png
  2. Druga warstwa: koszula, spodnie, buty, czapka.IMG_1412

    IMG_1444

    IMG_1447

    IMG_1442

    (fotografie: R. Romaniuk)

  3. Trzecia warstwa: sweter.IMG_9807-11

    IMG_9827-16

    (fotografie: Papryka)

  4. Czwarta warstwa: bluza (kangurka, anorak).IMG_9872-36

    IMG_9891-39

    IMG_9922-45

    (fotografie: Papryka)

  5. Warstwa piąta: pałatka przeciwdeszczowa. Na razie fotografii brak.

Zainteresowały Was inne szczegóły? Plecak, strzelba, siekiera, manierka? O nich napiszę już wkrótce.

Howgh!
🙂

Rufus & Szary UNPLUGGED

Czy podczas lektury książek opisujących dawne przygody, awantury i ekspedycje, nurtowało Was, jak poradzilibyście sobie na miejscu bohaterów? Czy mielibyście tyle samo hartu ciała i ducha, co oni? Podczas lektury dawnych poradników opisujących tradycyjny sprzęt i metody obozowania, nie raz rodziło mi się głowie pytanie: czy są to porady już martwe? Czy już tylko to ciekawostki? Czy człowiek współczesny, nawykły do cywilizacyjnych udogodnień, byłby w stanie wcielić je w życie? Jak by to wyglądało? Gdzie byłaby największa trudność, a nad czym byłoby łatwo przejść do porządku dziennego?

blanket

Na przełomie października i listopada połączę siły z Szymonem Szarym i wspólnie postaramy się odnaleźć odpowiedzi na te pytania. Aby miały dużą wartość, postawiliśmy sobie bardzo wysoko poprzeczkę. Dzicz będzie bezkresna, warunki pogodowe trudne, sprzęt będzie niesiony na własnych plecach. Wyruszymy pieszo w głęboką dzicz Gór Skalistych, by przez ponad miesiąc być zdani na własne siły i tradycyjny sprzęt. Pozbawieni elektroniki, tworzyw sztucznych, membran, a nawet współczesnych butów czy plecaków, wyposażeni w wełniany i płócienny ekwipunek, siekierę, strzelbę i wędkę, zbudujemy w sercu kniei myśliwski obóz, by żywić się upolowaną zwierzyną, złowioną rybą i zebranym leśnym runem. Będziemy gośćmi w krainie baribali, kuguarów, wilków, kojotów, rosomaków, łosi, wapiti, jeleni wirginijskich i grzechotników. Gośćmi odzianymi w stare wełniane swetry, bytującymi u progu surowej górskiej zimy, gdzie w połowie listopada mogą przyjść pierwsze śnieżyce i kilkudziesięciostopniowe mrozy. Jak będzie wyglądała codzienność? Co sprawi największą trudność, a co okaże się błahostką?

1ihf6p

Wkrótce podamy więcej szczegółów dotyczących wyprawy, wyposażenia i krainy, w którą wyruszymy. Po powrocie zdamy raport: Szymon w formie filmowej na swoim kanale YouTube, ja w formie dziennika podróży. Trzymajcie kciuki!

Howgh!
Rufus


WIĘCEJ INFORMACJI


KTO?

szymon1

Nazywam się Szymon Szary. Przemierzam, nagrywam i fotografuję lasy, góry i pustynie maszerując i obozując zarówno w starym, tradycyjnym, jak i nowoczesnym, ultralekkim oraz mieszanym stylu. W ciągu ostatnich kilkunastu lat udało mi się odwiedzić rozmaite dzikie miejsca od lasów, gór i pagórków w Polsce i Finlandii, przez wrzosowiska Szkocji, Walii i Anglii, po najróżniejsze środowiska (od pustyni i tropików po tundrę) w wielu Stanach Ameryki Północnej.

IMG_0525

Nazywam się Rufus. Przekładam, publikuję i podróżuję. Kocham woń żywicy północnych lasów, ubóstwiam aromat szałwii śródziemnomorskich odludzi. Lubię wyzwanie, kręci mnie niewygoda, działa na wyobraźnię mały wędrowny tobołek. W coraz coraz bardziej przyspieszającym świecie szukam stałości i ciągłości. Wypełniam luki przywracając dawne teksty, szukając wiedzy, inspiracji i mądrości u dawnych pokoleń.


CO?

Piesza wyprawa i bytowanie z tradycyjnym ekwipunkiem. Nie będziemy odtwarzać żadnego wybranego okresu historycznego. Założenia są proste: sprzęt ma być wykonany z naturalnych materiałów, zabronione są tworzywa sztuczne, membrany, elektronika (latarki, GPS, etc.).

Wyjątki od reguły:
– sprzęt do rejestracji video,
– sprzęt fotograficzny,
– drobiazgi (plastikowe guziki, lekka domieszka niektórych tkanin, itp.), które nie ułatwiają zadania (nie sprawiają, że sprzęt jest cieplejszy, bardziej wodoodporny, czy lżejszy),
– ekwipunek ratunkowy: każdy z nas będzie miał przy sobie niewielki zestaw ratunkowy z małą współczesną apteczką, lekami, środkami łączności do wezwania pomocy.

IMG_1128 (2)


GDZIE I KIEDY?

The Frank Church – River of No Return Wilderness w Idaho to przepastna puszcza na północy USA o powierzchni ponad 9,5 tysiąca kilometrów kwadratowych, gdzie na stałe nie mieszka nikt. Rejon ten graniczy z innymi pustkowiami, łącznie tworząc odludzie wielkości województwa lubuskiego (13 tys. km kwadratowych). Jest to największe odludzie w Kontynentalnych Stanach Zjednoczonych.

Nazwa „River of No Return” (Rzeka Bez Powrotu) wzięła się z bardzo wartkiego nurtu płynącej w niej Salmon River, który uniemożliwia podróż łódzią w górę rzeki. W 1983 roku dzicz nazwano także na cześć senatora Franka Churcha, aktywnie działającego na rzecz tworzenia obszarów chronionych.

1200px-Salmon_River.JPG

Na początku października 2018 roku udamy się samochodem do najbliższego miasta: Elk City. Stamtąd miejscowi wozem terenowym przewiozą nas kilkadziesiąt kilometrów wyboistą górską drogą nad brzeg Salmon River. Tam szlakiem ruszymy pieszo do najbliższego mostu, by przekroczyć Rzekę Bez Powrotu i zanurzyć się w dzicz. Przez pierwsze kilometry będziemy trzymać się szlaku, by następnie ruszyć na azymut przez odludny las i szukać dogodnego miejsca do założenia obozu.

W obozie będziemy bytować kilka tygodni, by w połowie listopada wrócić po własnych śladach nad brzeg Salmon River. Stamtąd najprawdopodobniej zabierze nas do Elk City skuter śnieżny, gdyż zasypane śniegiem górskie drogi staną się zupełnie nieprzejezdne dla samochodów.


WARUNKI KLIMATYCZNE

W górach, pomimo szerokości geograficznej zbliżonej do polskiej, ze względu na wysokość nad poziomem morza i inne czynniki, panuje klimat subpolarny. Najniższe zanotowane w listopadzie temperatury wynoszą -39 C. Spodziewane temperatury to kilka stopni na plusie w dzień i kilka stopni na minusie w nocy, deszcz i lekkie opady śniegu. Są jednak prawdopodobne pierwsze zamiecie śnieżne.

IMG_1125


INFRASTRUKTURA

Najbliższe miasto to Elk City (poplucja 200 mieszkańców) odległe o około 100 kilometrów, oraz małe osady, np. Warren z populacją 16 mieszkańców, a także pojedyncze odcięte od świata chaty.

IMG_0118.JPG

Poza samą dziczą poprowadzone są szutrowe drogi, w tym górskie wąskie dukty dostępne tylko dla samochodów 4×4, a po opadach śniegu skuterów śnieżnych. W samej dziczy brak jest dróg, poprowadzony jest jeden szlak: Idaho Centennial Trail. W sercu dziczy wyznaczonych jest kilka trawiastych pasów startowych umożliwiających lądowanie małych awionetek.


SPONSORZY

Wyprawę sponsorują cierpliwość i wyrozumiałość naszych żon, dzieci i rodzin oraz fundusze prywatne.


RELACJA

Możecie się spodziewać relacji video na kanale Simon’s Discoveries: http://www.youtube.com/user/SimonsDiscoveries.

Relacje pisemne pojawiać będą się tutaj na blogu Starego Wspaniałego Świata, a także docelowo w formie dziennika podróży, który w następnym roku wydamy w formie papierowej.


 

Hotel pod milionem gwiazd

Piotr Chmielarz

Elmer Harry Kreps nie zastanawia się, dlaczego idziemy w las. Uznaje, że skoro się tam znaleźliśmy, to mieliśmy jakiś powód, a sam Kreps – jako autor książki „Poradnik trapera” – stara nam się ten pobyt w dziczy uczynić znośnym, bezpiecznym i w miarę przyjemnym.

Czy potrzebny nam kolejny poradnik o rozpalaniu ognia – zapytasz, Drogi Czytelniku. Fakt, sam zwracałem niedawno uwagę na wysyp książek poświęconych rozpalaniu ognia, charakterystyce drewna na ogniska itp. Cóż, ktoś wyczuł koniunkturę na te tematy, a żywe płomienie tak malowniczo wyglądają na okładce. W dodatku można dodać trochę rozdziałów o magii ognia, odwiecznej sile żywiołów i jeszcze innych okultystyczno-mistycznych tematów. Elmer (coż za wspaniałe imię) pisze zaś o tym, jak palić ognisko, by grzało, jaki stos zbudować, by palił się przez całą noc, proponuje też paleniska do gotowania i pieczenia. Elmer był praktykiem, prawdziwym traperem żyjącym z polowania na zwierzęta futerkowe (wybaczcie, tak żyli ludzie w Ameryce sto lat temu), a swoją sprawdzoną w działaniu wiedzą dzieli się z chętnymi.

20180911_175203a - Copy (1)

Na długie, zimowe wieczory

Czy lubisz, Czytelniku, robić rzeczy żmudne, wymagające benedyktyńskiej cierpliwości, powtarzalności i skrupulatności, by po wielu (naprawdę wielu) godzinach uzyskać zadowalający efekt i stworzyć przedmiot, który prawdopodobnie do niczego Ci się nie przyda? Jeśli tak, to polecam gorąco będącą częścią „Poradnika…” instrukcję budowy rakiet śnieżnych. To zadanie nie wymaga specjalistycznych narzędzi, jedynie dobrania drewna i zdobycia odpowiednich rzemieni (proponowane przez Krepsa rzemienie z np. z amerkańskiego karibu możemy zastąpić bydlęcymi). Jeśli wydaje Ci się, że robienie swetra na drutach to czarna magia, opis tworzenia rakiety śnieżnej wyda Ci się, Drogi Czytelniku, opisem działania zderzacza hadronów. Na szczęście ilustracje pomagają w rozszyfrowaniu kolejnych etapów pracy.

20180911_175114 - Copy (1)

Kocyk z zajączków

Kolejnym malowniczym fragmentem książki jest wychwalanie zalet okrycia uplecionego z zajęczych futerek (również z ilustracjami). Kocyk ten wymaga od użytkownika upolowania około 60 zajączków, zdjęcia z nich skórki (w całości), wysuszenia jej i mozolnego tkania. Nie jest to może okrycie małe, nie jest szczelne, zajmuje też niemało miejsca w „traperskim” ekwipunku. Ale – jak twierdzi autor – daje mnóstwo ciepła i przyjemności w bezpośrednim kontakcie (o ile lubimy zajęczą sierść na policzkach, na dłoniach, między zębami…). Z zajęczego futra chyba zrezygnuję, bo wolę wełniany pled, a i polować nie mogę i (póki co) nie chcę. Niemniej jednak wierzę Elmerowi, że nawet twardy człowiek z dziczy potrzebuje czasem delikatności i komfortu.

Pod gwiazdy

Nie zostanę – póki co – traperem, bo i nie miejsce, i nie czas po temu, a i przepisy prawa łowieckiego na taką działalność (sidła, wnyki itp.) nie pozwalają, ale – znów wybaczcie – w poradniku Krepsa nawet okazjonalny „leśny człowiek” znajdzie techniczne opisy budowy traperskiej chaty (do wykorzystania również na działce letniskowej), wyliczenie prowiantu na miesięczny pobyt w kniei, praktyczne porady na temat doboru siekiery czy wreszcie zebranie w jednym miejscu wiedzy na temat orientacji w terenie za pomocą otoczenia, kompasu, zegarka i gwiazd. Wystarczy położyć się wygodnie, spojrzeć w gwiazdy, znaleźć Wielki Wóz i Gwiazdę Polarną. Można też poszukać innych, jest ich tyle na niebie. I zasnąć w tym hotelu pod milionem gwiazd. A rano wytyczyć nowy kierunek marszu według zegarka, kompasu, mchu…

Elmer Harry Kreps, „Poradnik trapera”, Stary Wspaniały Świat, Warszawa 2018

Wyzwanie: w dzicz bez elektroniki i bez plastiku

W poprzednim wpisie opisałem moją leniwą przygodę z minimalistycznym sprzętem w starym stylu. Wiemy więc już, że tak można obozować i nie jest to specjalnie trudne. Czy da się jednak podróżować na dalekie odległości, pokonując codziennie wiele kilometrów, w warunkach mniej sprzyjających niż ciepła i sucha wiosna na Krecie?

Można. Będzie ciężej i będzie trudniej, ale można. Posłuchajcie…

Pod koniec maja 2014 roku po raz kolejny wybierałem się na daleką północ, do fińskiej części Laponii, przemierzyć na wskroś sto kilkadziesiąt kilometrów pustkowi. Miałem na to trzy tygodnie, a plan był prosty: zgubić za plecami cywilizację i zanurzyć się w dzicz. Pytaniem było: robić to na ultralekko z nowoczesnym sprzętem, czy może spróbować tego, o czym zawsze marzyłem, a czego się bałem: po staremu?

Stanęło na starej szkole. Postawiłem sobie wyzwanie: przemierzyć dalekie podbiegunowe pustkowia Laponii ze sprzętem, w którym brak jest tworzyw sztucznych i elektroniki. Nie zamierzałem odtwarzać żadnej konkretnej minionej kultury czy epoki, chciałem się tylko zmierzyć z tym, z czym musieli mierzyć się wszyscy nasi pradziadowie: radzić sobie w deszczu, wietrze i chłodzie bez nowoczesnych materiałów i bez elektronicznych machin. Chciałem się przekonać, czy z tej samej co oni jestem kuty stali, czy może już jednak z delikatniejszego tworzywa?

Nie zamierzałem (głównie z powodów finansowych i lenistwa) dbać o najdrobniejsze szczegóły. Dopuszczałem więc, że np. guziki w płaszczu mogą być z plastiku, ale dbałem o to, by ten plastik w żaden sposób mi nie ułatwiał zadania. Plastikowy guzik zapina przeto płaszcz nie lepiej niż rogowy czy kościany. Unikałem jednak domieszkowanych materiałów: stawiałem na czystą wełnę, bawełnę, skórę i stal węglową. Zrezygnowałem z wszelkiej elektroniki. Nie miałem zegarka (mógłbym mieć mechaniczny, ale nie chciało mi się tym zawracać sobie głowy), nie miałem GPS-a, nie miałem telefonu, nie miałem nadajnika ratunkowego. Możecie powiedzieć, że to zbyt wiele i że niepotrzebnie narażałem się na ryzyko. W moim jednak rozumieniu telefon czy nadajnik zmieniałyby zupełnie zasady gry. Nasi pradziadowie ruszając w dzicz musieli się liczyć nie tylko z gorszym sprzętem, ale także mierzyć z ryzykiem, z wynikającym z niego stresem, musieli się godzić na to, że samotna wędrówka przez zupełne odludzie jest grą bardzo trudną, o najwyższą stawkę. A ja chciałem się przekonać, czy mam tyle odwagi, co oni.

Sprzęt skompletowałem dość przypadkowy, miał tylko spełniać wymogi wyzwania, oraz ważyć w sumie nie więcej niż dziesięć kilogramów (bez jedzenia i wody).

Zabrałem:

1. Plecak szwedzkiej armii, model M39, przez Szwedów zwany „jaja łosia”. Wersja z 1939 roku, ze stalową ramą, około czterdziestolitrowym workiem i trokami do koca. Waga około 1,8 kg. 2. Koc armii jugosłowiańskiej, 100% wełny, waga około 1,8 kg. 3. Pałatka LWP, waga około 1,7 kg. 4. Sweter wełniany armii fińskiej, model M39. Sto procent gryzącej jak legion komarów wełny. Waga około 0,7 kg. 5. Butelka stalowa Klean Kanteen 0,8 litra. Waga około 0,3 kg. 6. Czajnik stalowy, waga około 0,9 kg. 10. Sznurek konopny. 11. Szmatka bawełniana. 12. Zapasowe skarpety wełniane. 13. Zapasowe spodnie wełniane (cienkie). 14. Zapasowa koszula bawełniana (cienka). 15. Aparat fotograficzny FED-2 (egzemplarz z lat 50 XX wieku) i klisze fotograficzne. Aparat nie ma żadnej elektroniki, nie ma nawet światłomierza, ustawienia trzeba było robić „na czuja”.

Na sobie miałem:

16. Oficerki fińskiej armii. 17. Skarpety wełniane cienkie. 18. Skarpety wełniane grube. 19. Majtki bawełniane. 20. Spodnie bawełniane 100%, współczesne, robocze. 21. Podkoszulek z grubego merynosa, z długimi rękawami. 22. Koszula bawełniana 100%, współczesna („taktyczna”). 23. Beret wełniany. 24. Czapka z daszkiem (bejsbolówka) bawełniana. 25. Pasek skórzany. 26. Nóż typu pukko. 27. Nóż typu leuku. 28. Kompas w mosiężnej kopercie. 29. Mapa papierowa. 30. Zapałki w szklanym pojemniczku.

Pewnie o czymś zapomniałem, ale taka jest zgrubnie lista. Brak karimaty/materaca nie jest pomyłką: nie miałem żadnego.

Nie zabrałem okularów (jestem dalekowidzem +1,5/+1,5 i astygmatykiem +1,5/+2,0) i nie zabrałem inhalatora na astmę (jestem uczulony na psy i koty, i nie spodziewałem się ich towarzystwa).

ŻYWNOŚĆ

20 racji żywnościowych.

Każda racja żywnościowa składała się z:

100 g płatków owsianych (około 350 kcal) 200 g orzeszków ziemnych (około 1200 kcal łącznie) 100 g pemmikanu domowej roboty (okokło 700 kcal)

Około 500 g / 2250 kcal na dzień, łącznie 10 kg.

Na śniadanie płatki zalewałem wodą z jeziora. W czasie marszu jadłem orzeszki. Wieczorem jadłem pemmikan, zwykle bez przygotowania, na surowo.

WRAŻENIA

Plecak

Przez pierwsze dni plecak był koszmarem. Skórzane szelki wrzynały się, stalowa rama wrzynała się, plecak ważył 20 kg. Po kilku dniach zapasy jedzenia stopniały, a mi się przyzwyczaiły plecy i ramiona. Sweter przewiązywałem przez talię, żeby amortyzował wrzynającą się ramę stalową. Robiłem częste i regularne postoje żeby mogły odpocząć ramiona. Dziennie robiłem od minimum 10 do maksymalnie 27 kilometrów.

Pałatka

Rozbijała się szybko. Była tylko jedną połówką namiotu więc musiałem ją rozbijać nieco niżej. Była za krótka na mój wzrost i wystawały mi nogi. Spałem w butach, więc jak tylko słyszałem dudniące o grubą skórę krople deszczu, to podkulałem nogi, żeby mi nie mokły. W czasie marszu raz solidnie namokła i zrobiła się ciężka. Akurat tego dnia dotarłem wieczorem do chatki turystycznej, gdzie mogłem przy piecu wysuszyć płaszcz. W inne dni deszcz był lżejszy, a pałatka schła w marszu.

Koc

Zawijałem się jedną warstwą koca. Gdy temperatura wynosiła w nocy około +7 stopni i więcej, to w swetrze i kocu mogłem spać. Gdy robiło się zimniej (czasem około zera), to budził mnie przeraźliwy ziąb. Podskakiwałem wokół obozu tańcząc indiański Taniec Mrozu. W półśnie, nieprzytomny, zbierałem opał i rozpalałem w kilka minut ognisko, otaczając je kamieniami. Po rozpaleniu natychmiast zasypiałem, a gdy zgasło, budziłem się i ciepłe kamienie układałem wzdłuż ciała. Raz spałem w miejscu po dawnym wyrębie, pełnym martwych gałęzi. Całą noc paliłem wielki ogień i spałem jak dziecko do czasu, gdy wszystko zgasło i trzeba było palić od nowa.

Brak karimaty

Był przekleństwem. Nie chciałem zbytnio niszczyć roślinności, więc zadawalałem się na przykład dwoma żerdkami długości mojego ciała. Ustawiałem je równolegle w odległości około 20-30 cm i kładłem się na nich bokiem. Biodrem i stopą na tylnej i kolanem i głową (z podłożoną pod twarzą dłonią) na przedniej. Izolowały doskonale, ale było to madejowe łoże. Bolało wszystko. Przez to słabo się wysypiałem i w czasie dnia w marszu gdy tylko robiłem postój, to ucinałem natychmiastową drzemkę. Kilkukrotnie w czasie każdego dnia.

Jedzenie

Wiadomo, było psie. Zaskakująco jednak dawałem radę. Problemem był nadmiar błonnika z orzechów i kolosalne stolce, po których musiałem wycierać się mchem, bo papieru nie zabrałem żadnego. Mech bije na głowę wszystkie papiery toaletowe. To jest podcierka De-Lux!

Brak zegarka

Przed wyjazdem rozpisałem sobie położenie słońca o każdej godzinie, miałem ze sobą ściągę. Wystarczyło więc tylko spojrzeć na słońce i na kompas, by wiedzieć która jest godzina. Gorzej się zrobiło, gdy na półtora dnia słońce schowało się za chmurami i w ogóle nie wiedziałem która jest godzina, ani nawet doba, bo był dzień polarny i nie było ciemności, która by sprawę określiła. Było to na sam koniec wyprawy, gdy musiałem dotrzeć do cywilizacji. Spałem w chatce turystycznej i gdy tylko się obudziłem, wyruszyłem w drogę. Nie wiedziałem, czy jest wcześnie rano, środek nocy, czy późne przedpołudnie. W czasie marszu na dosłownie kilka chwil słońce wyjrzało przez dziurę w chmurze. Spojrzałem na kompas i stwierdziłem, że musi być siódma rano. Spojrzałem na mapę, do celu zostało 18 kilometrów. Wiedziałem, że w tym terenie robię około dwóch kilometrów na godzinę. Oszacowałem więc, że do osady dotrę około godziny szesnastej. Gdy w końcu wszedłem do baru i spojrzałem na ścienny zegar uśmiechnąłem się do siebie. Była za kwadrans szesnasta.

Brak okularów

Był znośny, mogłem nawet czytać, oczy nie bolały. Świat był nieco mniej ostry niż w pinglach, ale był taki, na jaki pozwala mi patrzeć natura. Równie piękny.

Antyczny aparat fotograficzny

Dawałem radę. Zdjęcia w otwartym terenie naświetlałem całkiem trafnie, zdjęcia w lesie były okropnie niedoświetlone. Wiele też zdjęć zrobiłem nieostrych, bo to aparat typu rangefinder, gdzie trzeba ustawić ostrość celownikiem, a nie przez lustro lustrzanki. Czasem człowiek o tym zapomina.

Buty

W terenie były wyborne, przypominały skórzane kalosze. Chroniły nogi niemal do kolan, oddychały. Na szybko można było nawet w nich przekraczać strumienie, nie przesiąkały. Na asfalcie, którym jednego dnia musiałem trochę iść, były makabrą. Od razu zrobiły mi się na piętach gigantyczne bąble.

PODSUMOWANIE

To była bardzo wymagająca wyprawa, tak fizycznie jak psychicznie. Sprzęt dawał się we znaki. W dzień masakrował mi plecy, w nocy marzłem i wrzynały mi się w kości różnego rodzaju badyle, które służyły jako improwizowane posłanie. Jedzenie było podłe i goniło mnie po kilka razy dziennie na stronę.

A jednak nie były to trudy nie do pokonania. Nie była to ani wspinaczka na Everest, ni triatlon, ni ultramaraton. Wysiłek i cierpienie były mniejsze, niż w przypadku wielu sportów ekstremalnych, czy turystyki kwalifikowanej. Było trudno, niebezpiecznie, było to wyzwaniem, ale nie było nie do pokonania. Nie jestem tytanem sprawności fizycznej ani nie znającym lęku terminatorem. Bałem się, przeklinałem swój los, cierpiałem, ale było cudownie.

Bo jeśli idzie o aspekt przygodowy, to nie mogło być lepiej. Przyroda była bajeczna: Hammastunturi to ogromne przestrzenie, plamy topniejącego śniegu, pachnąca tajga, wietrzna tundra, rozległe wzgórza, szumiące wezbrane potoki i krystalicznie czyste jeziora. Byłem w raju wędrowca na starych, wymagających zasadach. Trudy codzienności zbliżały mnie do natury, byłem bardziej od niej zależny. Bardziej bałem się deszczu, musiałem aktywnie zmagać się z zimnem. Nie byłem od surowej dziczy odgrodzony pancerzem nowoczesności, co wymagało pokory i wzbudzało jeszcze większy wobec natury szacunek. Pod koniec włóczęgi zaowocowało to nieosiągalnym dla mnie wcześniej uczuciem zatopienia się w dzikości. Czas wskazywało słońce, poiły mnie jeziora, grzał ogień. Nawet jeśli do dziś wzdragam się na myśl o niewygodach, to tęsknię za taką włóczęgą jak za mało czym.