Blog

Po staremu: ubiór

Wybierając się na ekspedycję w odległe, nieprzystępne rejony, potrzeba zadbać o właściwy strój. Strój musi być przemyślany, sprawdzony, dostosowany do warunków klimatycznych, zapewniać ochronę przed zimnem (ewentualnie upałem), wiatrem, deszczem. Musi być wygodny i jak najlżejszy, szczególnie jeśli ekwipunek musimy nieść na własnych plecach.

Współczesna technologia oferuje bogactwo możliwości: ciepłe kurtki puchowe, chroniące przed wiatrem warstwy soft-shell, chroniące przed deszczem i oddychające kurtki i spodnie z membraną, odprowadzającą wilgoć bieliznę termoaktywną, wygodne buty z dobrą podeszwą, itd., itp. Jedyne co potrzebne, by się bardzo wygodnie i praktycznie ubrać na wyprawę, to wiedza i pieniądze.

Co jednak zrobić, gdy stajemy przed wyzwaniem podróży w starym stylu? Gdy celowo odrzucamy cuda technologii, a nadal zależy nam, by ubiór był praktyczny, ciepły, w miarę możliwości lekki? W gruncie rzeczy przyda się to samo. Zamiast jednak przeglądać katalogi reklamowe współczesnych producentów sprzętu musimy raczej zajrzeć do starych ksiąg, gdzie ówcześni radzili sobie współczesnym, do grup rekonstrukcyjnych, a także być może, do własnego doświadczenia, jeśli już wcześniej próbowaliśmy obozować w starym stylu.

Czytając książkę Nessmuka, czy Krepsa, możemy spotkać się z poradami dotyczącymi stroju. Obaj piszą o wełnie: o spodniach, koszuli, kurtce. Ma być miękka, miła, ciepła. Każą zapomnieć o bawełnie, która nie grzeje tak dobrze i robi się fatalna, gdy zamoknie. Rady te pisali dla im współczesnych, mających wspólne wyobrażenie tego, jak ubrania wyglądały, co można było kupić w sklepie, co zamówić u krawca. My jesteśmy tutaj nieco stratni: musimy wyobrażać sobie pewne rzeczy, akceptować niedopowiedzenia, zadowalać się wizją znaną z filmów czy obrazów i brakiem własnego w tej materii doświadczenia.

Wyjazd, który organizujemy wspólnie z Szymonem, ma między innymi na celu wypełnienie tej luki. Pragniemy na powrót przywrócić życie dawnym strojom, przeżyć w nich długie tygodnie w dziczy, zobaczyć jak słowa z dawnych ksiąg przekładają się na rzeczywiste doświadczenie. W przewrotny sposób nasza wyprawa także jest tłumaczeniem, przekładem. Próbujemy przełożyć doświadczenie Amerykanów sprzed stu lat, na doświadczenie dwudziestopierwszowiecznych Polaków. Ubiór jest jednym z ważniejszych aspektów.

Przygotowania trwają. Nie wiem jeszcze, jaki strój będzie miał Szymon. Sam zabiorę: bieliznę (jednoczęściową z klapką na zapleczu), spodnie, kraciastą koszulę, czapkę rogatywkę, czapkę „myckę”, podkolanówki, gruby obszerny sweter, bardzo obszerną kangurkę uszytą z wojskowego koca, rękawiczki. Wszystko to będzie z wełny. Część z miłego merynosa, część gryząca jak diabli. Do tego będę miał wysokie skórzane buty armii fińskiej, oraz plecak z płótna, skóry i stali. Większość z ubrań jest stara: nie tylko kupiona w demobilu, gdzie wcześniej przeleżała całe dziesięciolecia, ale do tego i znoszona przeze mnie: buty i spodnie złaziłem w Laponii i na Krecie, koszulę wymęczyłem na poprzednim pobycie w Idaho.

Nowa jest kangurka. Podejrzewam, że spisze się doskonale. Zwykle nosząc rozmiar XL, kupiłem ją w rozmiarze XXXL, żeby mogła wejść na wszystkie warstwy ubrań, a także umożliwiała owinięcie się pod nią wełnianym kocem.

Poniżej sesja zdjęciowa ze strojem i wyposażeniem przygotowywanym na wyprawę. Sesja wykonana przez ZielonaStrona.net, fotografie wykonali Remigiusz Romaniuk i Papryka.

  1. Pierwsza warstwa: bielizna i podkolanówki. Fotografii brak, gdyż jeszcze nie dotarło zamówienie, no i chciałem wam oszczędzić wrażeń, a mi upokorzeń. Musicie mi uwierzyć na słowo, że będzie kowbojska jednoczęściówka z klapką na drugim końcu przewodu pokarmowego. Na osłodę stara fotografia:UnSt-boys.png
  2. Druga warstwa: koszula, spodnie, buty, czapka.IMG_1412

    IMG_1444

    IMG_1447

    IMG_1442

    (fotografie: R. Romaniuk)

  3. Trzecia warstwa: sweter.IMG_9807-11

    IMG_9827-16

    (fotografie: Papryka)

  4. Czwarta warstwa: bluza (kangurka, anorak).IMG_9872-36

    IMG_9891-39

    IMG_9922-45

    (fotografie: Papryka)

  5. Warstwa piąta: pałatka przeciwdeszczowa. Na razie fotografii brak.

Zainteresowały Was inne szczegóły? Plecak, strzelba, siekiera, manierka? O nich napiszę już wkrótce.

Howgh!
🙂

Rufus & Szary UNPLUGGED

Czy podczas lektury książek opisujących dawne przygody, awantury i ekspedycje, nurtowało Was, jak poradzilibyście sobie na miejscu bohaterów? Czy mielibyście tyle samo hartu ciała i ducha, co oni? Podczas lektury dawnych poradników opisujących tradycyjny sprzęt i metody obozowania, nie raz rodziło mi się głowie pytanie: czy są to porady już martwe? Czy już tylko to ciekawostki? Czy człowiek współczesny, nawykły do cywilizacyjnych udogodnień, byłby w stanie wcielić je w życie? Jak by to wyglądało? Gdzie byłaby największa trudność, a nad czym byłoby łatwo przejść do porządku dziennego?

blanket

Na przełomie października i listopada połączę siły z Szymonem Szarym i wspólnie postaramy się odnaleźć odpowiedzi na te pytania. Aby miały dużą wartość, postawiliśmy sobie bardzo wysoko poprzeczkę. Dzicz będzie bezkresna, warunki pogodowe trudne, sprzęt będzie niesiony na własnych plecach. Wyruszymy pieszo w głęboką dzicz Gór Skalistych, by przez ponad miesiąc być zdani na własne siły i tradycyjny sprzęt. Pozbawieni elektroniki, tworzyw sztucznych, membran, a nawet współczesnych butów czy plecaków, wyposażeni w wełniany i płócienny ekwipunek, siekierę, strzelbę i wędkę, zbudujemy w sercu kniei myśliwski obóz, by żywić się upolowaną zwierzyną, złowioną rybą i zebranym leśnym runem. Będziemy gośćmi w krainie baribali, kuguarów, wilków, kojotów, rosomaków, łosi, wapiti, jeleni wirginijskich i grzechotników. Gośćmi odzianymi w stare wełniane swetry, bytującymi u progu surowej górskiej zimy, gdzie w połowie listopada mogą przyjść pierwsze śnieżyce i kilkudziesięciostopniowe mrozy. Jak będzie wyglądała codzienność? Co sprawi największą trudność, a co okaże się błahostką?

1ihf6p

Wkrótce podamy więcej szczegółów dotyczących wyprawy, wyposażenia i krainy, w którą wyruszymy. Po powrocie zdamy raport: Szymon w formie filmowej na swoim kanale YouTube, ja w formie dziennika podróży. Trzymajcie kciuki!

Howgh!
Rufus


WIĘCEJ INFORMACJI


KTO?

szymon1

Nazywam się Szymon Szary. Przemierzam, nagrywam i fotografuję lasy, góry i pustynie maszerując i obozując zarówno w starym, tradycyjnym, jak i nowoczesnym, ultralekkim oraz mieszanym stylu. W ciągu ostatnich kilkunastu lat udało mi się odwiedzić rozmaite dzikie miejsca od lasów, gór i pagórków w Polsce i Finlandii, przez wrzosowiska Szkocji, Walii i Anglii, po najróżniejsze środowiska (od pustyni i tropików po tundrę) w wielu Stanach Ameryki Północnej.

IMG_0525

Nazywam się Rufus. Przekładam, publikuję i podróżuję. Kocham woń żywicy północnych lasów, ubóstwiam aromat szałwii śródziemnomorskich odludzi. Lubię wyzwanie, kręci mnie niewygoda, działa na wyobraźnię mały wędrowny tobołek. W coraz coraz bardziej przyspieszającym świecie szukam stałości i ciągłości. Wypełniam luki przywracając dawne teksty, szukając wiedzy, inspiracji i mądrości u dawnych pokoleń.


CO?

Piesza wyprawa i bytowanie z tradycyjnym ekwipunkiem. Nie będziemy odtwarzać żadnego wybranego okresu historycznego. Założenia są proste: sprzęt ma być wykonany z naturalnych materiałów, zabronione są tworzywa sztuczne, membrany, elektronika (latarki, GPS, etc.).

Wyjątki od reguły:
– sprzęt do rejestracji video,
– sprzęt fotograficzny,
– drobiazgi (plastikowe guziki, lekka domieszka niektórych tkanin, itp.), które nie ułatwiają zadania (nie sprawiają, że sprzęt jest cieplejszy, bardziej wodoodporny, czy lżejszy),
– ekwipunek ratunkowy: każdy z nas będzie miał przy sobie niewielki zestaw ratunkowy z małą współczesną apteczką, lekami, środkami łączności do wezwania pomocy.

IMG_1128 (2)


GDZIE I KIEDY?

The Frank Church – River of No Return Wilderness w Idaho to przepastna puszcza na północy USA o powierzchni ponad 9,5 tysiąca kilometrów kwadratowych, gdzie na stałe nie mieszka nikt. Rejon ten graniczy z innymi pustkowiami, łącznie tworząc odludzie wielkości województwa lubuskiego (13 tys. km kwadratowych). Jest to największe odludzie w Kontynentalnych Stanach Zjednoczonych.

Nazwa „River of No Return” (Rzeka Bez Powrotu) wzięła się z bardzo wartkiego nurtu płynącej w niej Salmon River, który uniemożliwia podróż łódzią w górę rzeki. W 1983 roku dzicz nazwano także na cześć senatora Franka Churcha, aktywnie działającego na rzecz tworzenia obszarów chronionych.

1200px-Salmon_River.JPG

Na początku października 2018 roku udamy się samochodem do najbliższego miasta: Elk City. Stamtąd miejscowi wozem terenowym przewiozą nas kilkadziesiąt kilometrów wyboistą górską drogą nad brzeg Salmon River. Tam szlakiem ruszymy pieszo do najbliższego mostu, by przekroczyć Rzekę Bez Powrotu i zanurzyć się w dzicz. Przez pierwsze kilometry będziemy trzymać się szlaku, by następnie ruszyć na azymut przez odludny las i szukać dogodnego miejsca do założenia obozu.

W obozie będziemy bytować kilka tygodni, by w połowie listopada wrócić po własnych śladach nad brzeg Salmon River. Stamtąd najprawdopodobniej zabierze nas do Elk City skuter śnieżny, gdyż zasypane śniegiem górskie drogi staną się zupełnie nieprzejezdne dla samochodów.


WARUNKI KLIMATYCZNE

W górach, pomimo szerokości geograficznej zbliżonej do polskiej, ze względu na wysokość nad poziomem morza i inne czynniki, panuje klimat subpolarny. Najniższe zanotowane w listopadzie temperatury wynoszą -39 C. Spodziewane temperatury to kilka stopni na plusie w dzień i kilka stopni na minusie w nocy, deszcz i lekkie opady śniegu. Są jednak prawdopodobne pierwsze zamiecie śnieżne.

IMG_1125


INFRASTRUKTURA

Najbliższe miasto to Elk City (poplucja 200 mieszkańców) odległe o około 100 kilometrów, oraz małe osady, np. Warren z populacją 16 mieszkańców, a także pojedyncze odcięte od świata chaty.

IMG_0118.JPG

Poza samą dziczą poprowadzone są szutrowe drogi, w tym górskie wąskie dukty dostępne tylko dla samochodów 4×4, a po opadach śniegu skuterów śnieżnych. W samej dziczy brak jest dróg, poprowadzony jest jeden szlak: Idaho Centennial Trail. W sercu dziczy wyznaczonych jest kilka trawiastych pasów startowych umożliwiających lądowanie małych awionetek.


SPONSORZY

Wyprawę sponsorują cierpliwość i wyrozumiałość naszych żon, dzieci i rodzin oraz fundusze prywatne.


RELACJA

Możecie się spodziewać relacji video na kanale Simon’s Discoveries: http://www.youtube.com/user/SimonsDiscoveries.

Relacje pisemne pojawiać będą się tutaj na blogu Starego Wspaniałego Świata, a także docelowo w formie dziennika podróży, który w następnym roku wydamy w formie papierowej.


 

Hotel pod milionem gwiazd

Piotr Chmielarz

Elmer Harry Kreps nie zastanawia się, dlaczego idziemy w las. Uznaje, że skoro się tam znaleźliśmy, to mieliśmy jakiś powód, a sam Kreps – jako autor książki „Poradnik trapera” – stara nam się ten pobyt w dziczy uczynić znośnym, bezpiecznym i w miarę przyjemnym.

Czy potrzebny nam kolejny poradnik o rozpalaniu ognia – zapytasz, Drogi Czytelniku. Fakt, sam zwracałem niedawno uwagę na wysyp książek poświęconych rozpalaniu ognia, charakterystyce drewna na ogniska itp. Cóż, ktoś wyczuł koniunkturę na te tematy, a żywe płomienie tak malowniczo wyglądają na okładce. W dodatku można dodać trochę rozdziałów o magii ognia, odwiecznej sile żywiołów i jeszcze innych okultystyczno-mistycznych tematów. Elmer (coż za wspaniałe imię) pisze zaś o tym, jak palić ognisko, by grzało, jaki stos zbudować, by palił się przez całą noc, proponuje też paleniska do gotowania i pieczenia. Elmer był praktykiem, prawdziwym traperem żyjącym z polowania na zwierzęta futerkowe (wybaczcie, tak żyli ludzie w Ameryce sto lat temu), a swoją sprawdzoną w działaniu wiedzą dzieli się z chętnymi.

20180911_175203a - Copy (1)

Na długie, zimowe wieczory

Czy lubisz, Czytelniku, robić rzeczy żmudne, wymagające benedyktyńskiej cierpliwości, powtarzalności i skrupulatności, by po wielu (naprawdę wielu) godzinach uzyskać zadowalający efekt i stworzyć przedmiot, który prawdopodobnie do niczego Ci się nie przyda? Jeśli tak, to polecam gorąco będącą częścią „Poradnika…” instrukcję budowy rakiet śnieżnych. To zadanie nie wymaga specjalistycznych narzędzi, jedynie dobrania drewna i zdobycia odpowiednich rzemieni (proponowane przez Krepsa rzemienie z np. z amerkańskiego karibu możemy zastąpić bydlęcymi). Jeśli wydaje Ci się, że robienie swetra na drutach to czarna magia, opis tworzenia rakiety śnieżnej wyda Ci się, Drogi Czytelniku, opisem działania zderzacza hadronów. Na szczęście ilustracje pomagają w rozszyfrowaniu kolejnych etapów pracy.

20180911_175114 - Copy (1)

Kocyk z zajączków

Kolejnym malowniczym fragmentem książki jest wychwalanie zalet okrycia uplecionego z zajęczych futerek (również z ilustracjami). Kocyk ten wymaga od użytkownika upolowania około 60 zajączków, zdjęcia z nich skórki (w całości), wysuszenia jej i mozolnego tkania. Nie jest to może okrycie małe, nie jest szczelne, zajmuje też niemało miejsca w „traperskim” ekwipunku. Ale – jak twierdzi autor – daje mnóstwo ciepła i przyjemności w bezpośrednim kontakcie (o ile lubimy zajęczą sierść na policzkach, na dłoniach, między zębami…). Z zajęczego futra chyba zrezygnuję, bo wolę wełniany pled, a i polować nie mogę i (póki co) nie chcę. Niemniej jednak wierzę Elmerowi, że nawet twardy człowiek z dziczy potrzebuje czasem delikatności i komfortu.

Pod gwiazdy

Nie zostanę – póki co – traperem, bo i nie miejsce, i nie czas po temu, a i przepisy prawa łowieckiego na taką działalność (sidła, wnyki itp.) nie pozwalają, ale – znów wybaczcie – w poradniku Krepsa nawet okazjonalny „leśny człowiek” znajdzie techniczne opisy budowy traperskiej chaty (do wykorzystania również na działce letniskowej), wyliczenie prowiantu na miesięczny pobyt w kniei, praktyczne porady na temat doboru siekiery czy wreszcie zebranie w jednym miejscu wiedzy na temat orientacji w terenie za pomocą otoczenia, kompasu, zegarka i gwiazd. Wystarczy położyć się wygodnie, spojrzeć w gwiazdy, znaleźć Wielki Wóz i Gwiazdę Polarną. Można też poszukać innych, jest ich tyle na niebie. I zasnąć w tym hotelu pod milionem gwiazd. A rano wytyczyć nowy kierunek marszu według zegarka, kompasu, mchu…

Elmer Harry Kreps, „Poradnik trapera”, Stary Wspaniały Świat, Warszawa 2018

Wyzwanie: w dzicz bez elektroniki i bez plastiku

W poprzednim wpisie opisałem moją leniwą przygodę z minimalistycznym sprzętem w starym stylu. Wiemy więc już, że tak można obozować i nie jest to specjalnie trudne. Czy da się jednak podróżować na dalekie odległości, pokonując codziennie wiele kilometrów, w warunkach mniej sprzyjających niż ciepła i sucha wiosna na Krecie?

Można. Będzie ciężej i będzie trudniej, ale można. Posłuchajcie…

Pod koniec maja 2014 roku po raz kolejny wybierałem się na daleką północ, do fińskiej części Laponii, przemierzyć na wskroś sto kilkadziesiąt kilometrów pustkowi. Miałem na to trzy tygodnie, a plan był prosty: zgubić za plecami cywilizację i zanurzyć się w dzicz. Pytaniem było: robić to na ultralekko z nowoczesnym sprzętem, czy może spróbować tego, o czym zawsze marzyłem, a czego się bałem: po staremu?

Stanęło na starej szkole. Postawiłem sobie wyzwanie: przemierzyć dalekie podbiegunowe pustkowia Laponii ze sprzętem, w którym brak jest tworzyw sztucznych i elektroniki. Nie zamierzałem odtwarzać żadnej konkretnej minionej kultury czy epoki, chciałem się tylko zmierzyć z tym, z czym musieli mierzyć się wszyscy nasi pradziadowie: radzić sobie w deszczu, wietrze i chłodzie bez nowoczesnych materiałów i bez elektronicznych machin. Chciałem się przekonać, czy z tej samej co oni jestem kuty stali, czy może już jednak z delikatniejszego tworzywa?

Nie zamierzałem (głównie z powodów finansowych i lenistwa) dbać o najdrobniejsze szczegóły. Dopuszczałem więc, że np. guziki w płaszczu mogą być z plastiku, ale dbałem o to, by ten plastik w żaden sposób mi nie ułatwiał zadania. Plastikowy guzik zapina przeto płaszcz nie lepiej niż rogowy czy kościany. Unikałem jednak domieszkowanych materiałów: stawiałem na czystą wełnę, bawełnę, skórę i stal węglową. Zrezygnowałem z wszelkiej elektroniki. Nie miałem zegarka (mógłbym mieć mechaniczny, ale nie chciało mi się tym zawracać sobie głowy), nie miałem GPS-a, nie miałem telefonu, nie miałem nadajnika ratunkowego. Możecie powiedzieć, że to zbyt wiele i że niepotrzebnie narażałem się na ryzyko. W moim jednak rozumieniu telefon czy nadajnik zmieniałyby zupełnie zasady gry. Nasi pradziadowie ruszając w dzicz musieli się liczyć nie tylko z gorszym sprzętem, ale także mierzyć z ryzykiem, z wynikającym z niego stresem, musieli się godzić na to, że samotna wędrówka przez zupełne odludzie jest grą bardzo trudną, o najwyższą stawkę. A ja chciałem się przekonać, czy mam tyle odwagi, co oni.

Sprzęt skompletowałem dość przypadkowy, miał tylko spełniać wymogi wyzwania, oraz ważyć w sumie nie więcej niż dziesięć kilogramów (bez jedzenia i wody).

Zabrałem:

1. Plecak szwedzkiej armii, model M39, przez Szwedów zwany „jaja łosia”. Wersja z 1939 roku, ze stalową ramą, około czterdziestolitrowym workiem i trokami do koca. Waga około 1,8 kg. 2. Koc armii jugosłowiańskiej, 100% wełny, waga około 1,8 kg. 3. Pałatka LWP, waga około 1,7 kg. 4. Sweter wełniany armii fińskiej, model M39. Sto procent gryzącej jak legion komarów wełny. Waga około 0,7 kg. 5. Butelka stalowa Klean Kanteen 0,8 litra. Waga około 0,3 kg. 6. Czajnik stalowy, waga około 0,9 kg. 10. Sznurek konopny. 11. Szmatka bawełniana. 12. Zapasowe skarpety wełniane. 13. Zapasowe spodnie wełniane (cienkie). 14. Zapasowa koszula bawełniana (cienka). 15. Aparat fotograficzny FED-2 (egzemplarz z lat 50 XX wieku) i klisze fotograficzne. Aparat nie ma żadnej elektroniki, nie ma nawet światłomierza, ustawienia trzeba było robić „na czuja”.

Na sobie miałem:

16. Oficerki fińskiej armii. 17. Skarpety wełniane cienkie. 18. Skarpety wełniane grube. 19. Majtki bawełniane. 20. Spodnie bawełniane 100%, współczesne, robocze. 21. Podkoszulek z grubego merynosa, z długimi rękawami. 22. Koszula bawełniana 100%, współczesna („taktyczna”). 23. Beret wełniany. 24. Czapka z daszkiem (bejsbolówka) bawełniana. 25. Pasek skórzany. 26. Nóż typu pukko. 27. Nóż typu leuku. 28. Kompas w mosiężnej kopercie. 29. Mapa papierowa. 30. Zapałki w szklanym pojemniczku.

Pewnie o czymś zapomniałem, ale taka jest zgrubnie lista. Brak karimaty/materaca nie jest pomyłką: nie miałem żadnego.

Nie zabrałem okularów (jestem dalekowidzem +1,5/+1,5 i astygmatykiem +1,5/+2,0) i nie zabrałem inhalatora na astmę (jestem uczulony na psy i koty, i nie spodziewałem się ich towarzystwa).

ŻYWNOŚĆ

20 racji żywnościowych.

Każda racja żywnościowa składała się z:

100 g płatków owsianych (około 350 kcal) 200 g orzeszków ziemnych (około 1200 kcal łącznie) 100 g pemmikanu domowej roboty (okokło 700 kcal)

Około 500 g / 2250 kcal na dzień, łącznie 10 kg.

Na śniadanie płatki zalewałem wodą z jeziora. W czasie marszu jadłem orzeszki. Wieczorem jadłem pemmikan, zwykle bez przygotowania, na surowo.

WRAŻENIA

Plecak

Przez pierwsze dni plecak był koszmarem. Skórzane szelki wrzynały się, stalowa rama wrzynała się, plecak ważył 20 kg. Po kilku dniach zapasy jedzenia stopniały, a mi się przyzwyczaiły plecy i ramiona. Sweter przewiązywałem przez talię, żeby amortyzował wrzynającą się ramę stalową. Robiłem częste i regularne postoje żeby mogły odpocząć ramiona. Dziennie robiłem od minimum 10 do maksymalnie 27 kilometrów.

Pałatka

Rozbijała się szybko. Była tylko jedną połówką namiotu więc musiałem ją rozbijać nieco niżej. Była za krótka na mój wzrost i wystawały mi nogi. Spałem w butach, więc jak tylko słyszałem dudniące o grubą skórę krople deszczu, to podkulałem nogi, żeby mi nie mokły. W czasie marszu raz solidnie namokła i zrobiła się ciężka. Akurat tego dnia dotarłem wieczorem do chatki turystycznej, gdzie mogłem przy piecu wysuszyć płaszcz. W inne dni deszcz był lżejszy, a pałatka schła w marszu.

Koc

Zawijałem się jedną warstwą koca. Gdy temperatura wynosiła w nocy około +7 stopni i więcej, to w swetrze i kocu mogłem spać. Gdy robiło się zimniej (czasem około zera), to budził mnie przeraźliwy ziąb. Podskakiwałem wokół obozu tańcząc indiański Taniec Mrozu. W półśnie, nieprzytomny, zbierałem opał i rozpalałem w kilka minut ognisko, otaczając je kamieniami. Po rozpaleniu natychmiast zasypiałem, a gdy zgasło, budziłem się i ciepłe kamienie układałem wzdłuż ciała. Raz spałem w miejscu po dawnym wyrębie, pełnym martwych gałęzi. Całą noc paliłem wielki ogień i spałem jak dziecko do czasu, gdy wszystko zgasło i trzeba było palić od nowa.

Brak karimaty

Był przekleństwem. Nie chciałem zbytnio niszczyć roślinności, więc zadawalałem się na przykład dwoma żerdkami długości mojego ciała. Ustawiałem je równolegle w odległości około 20-30 cm i kładłem się na nich bokiem. Biodrem i stopą na tylnej i kolanem i głową (z podłożoną pod twarzą dłonią) na przedniej. Izolowały doskonale, ale było to madejowe łoże. Bolało wszystko. Przez to słabo się wysypiałem i w czasie dnia w marszu gdy tylko robiłem postój, to ucinałem natychmiastową drzemkę. Kilkukrotnie w czasie każdego dnia.

Jedzenie

Wiadomo, było psie. Zaskakująco jednak dawałem radę. Problemem był nadmiar błonnika z orzechów i kolosalne stolce, po których musiałem wycierać się mchem, bo papieru nie zabrałem żadnego. Mech bije na głowę wszystkie papiery toaletowe. To jest podcierka De-Lux!

Brak zegarka

Przed wyjazdem rozpisałem sobie położenie słońca o każdej godzinie, miałem ze sobą ściągę. Wystarczyło więc tylko spojrzeć na słońce i na kompas, by wiedzieć która jest godzina. Gorzej się zrobiło, gdy na półtora dnia słońce schowało się za chmurami i w ogóle nie wiedziałem która jest godzina, ani nawet doba, bo był dzień polarny i nie było ciemności, która by sprawę określiła. Było to na sam koniec wyprawy, gdy musiałem dotrzeć do cywilizacji. Spałem w chatce turystycznej i gdy tylko się obudziłem, wyruszyłem w drogę. Nie wiedziałem, czy jest wcześnie rano, środek nocy, czy późne przedpołudnie. W czasie marszu na dosłownie kilka chwil słońce wyjrzało przez dziurę w chmurze. Spojrzałem na kompas i stwierdziłem, że musi być siódma rano. Spojrzałem na mapę, do celu zostało 18 kilometrów. Wiedziałem, że w tym terenie robię około dwóch kilometrów na godzinę. Oszacowałem więc, że do osady dotrę około godziny szesnastej. Gdy w końcu wszedłem do baru i spojrzałem na ścienny zegar uśmiechnąłem się do siebie. Była za kwadrans szesnasta.

Brak okularów

Był znośny, mogłem nawet czytać, oczy nie bolały. Świat był nieco mniej ostry niż w pinglach, ale był taki, na jaki pozwala mi patrzeć natura. Równie piękny.

Antyczny aparat fotograficzny

Dawałem radę. Zdjęcia w otwartym terenie naświetlałem całkiem trafnie, zdjęcia w lesie były okropnie niedoświetlone. Wiele też zdjęć zrobiłem nieostrych, bo to aparat typu rangefinder, gdzie trzeba ustawić ostrość celownikiem, a nie przez lustro lustrzanki. Czasem człowiek o tym zapomina.

Buty

W terenie były wyborne, przypominały skórzane kalosze. Chroniły nogi niemal do kolan, oddychały. Na szybko można było nawet w nich przekraczać strumienie, nie przesiąkały. Na asfalcie, którym jednego dnia musiałem trochę iść, były makabrą. Od razu zrobiły mi się na piętach gigantyczne bąble.

PODSUMOWANIE

To była bardzo wymagająca wyprawa, tak fizycznie jak psychicznie. Sprzęt dawał się we znaki. W dzień masakrował mi plecy, w nocy marzłem i wrzynały mi się w kości różnego rodzaju badyle, które służyły jako improwizowane posłanie. Jedzenie było podłe i goniło mnie po kilka razy dziennie na stronę.

A jednak nie były to trudy nie do pokonania. Nie była to ani wspinaczka na Everest, ni triatlon, ni ultramaraton. Wysiłek i cierpienie były mniejsze, niż w przypadku wielu sportów ekstremalnych, czy turystyki kwalifikowanej. Było trudno, niebezpiecznie, było to wyzwaniem, ale nie było nie do pokonania. Nie jestem tytanem sprawności fizycznej ani nie znającym lęku terminatorem. Bałem się, przeklinałem swój los, cierpiałem, ale było cudownie.

Bo jeśli idzie o aspekt przygodowy, to nie mogło być lepiej. Przyroda była bajeczna: Hammastunturi to ogromne przestrzenie, plamy topniejącego śniegu, pachnąca tajga, wietrzna tundra, rozległe wzgórza, szumiące wezbrane potoki i krystalicznie czyste jeziora. Byłem w raju wędrowca na starych, wymagających zasadach. Trudy codzienności zbliżały mnie do natury, byłem bardziej od niej zależny. Bardziej bałem się deszczu, musiałem aktywnie zmagać się z zimnem. Nie byłem od surowej dziczy odgrodzony pancerzem nowoczesności, co wymagało pokory i wzbudzało jeszcze większy wobec natury szacunek. Pod koniec włóczęgi zaowocowało to nieosiągalnym dla mnie wcześniej uczuciem zatopienia się w dzikości. Czas wskazywało słońce, poiły mnie jeziora, grzał ogień. Nawet jeśli do dziś wzdragam się na myśl o niewygodach, to tęsknię za taką włóczęgą jak za mało czym.

Na lekko, po staremu.

Pokutuje wyobrażenie, że ultralekki ekwipunek podróżny to dopiero dwudziesto-pierwszowieczny wymysł, który umożliwiają najnowocześniejsze materiały: dynema, cuben, silnylon i im podobne. Prawda jest oczywiście taka, że materiały te oferują nie tylko niespotykaną wcześniej lekkość i wytrzymałość, ale także idący za tym komfort użytkowania, a wykonane z nich plecaki, płachty przeciwdeszczowe, czy ubrania nieosiągalne wcześniej parametry techniczne.

Inna prawda jest też jednak taka, że ludziom od zawsze utrudnia życie grawitacja i od zawsze gdy tylko to możliwe, wolą dźwigać mniej, niż więcej. Tak zwany ultralight istnieje więc od zarania dziejów. Niegdyś zamiast puchowego śpiwora albo kołdry, nadmuchiwanego materaca i ważącego ledwie kilkaset gramów schronienia, noszono wełniany koc, bawełnianą, albo lnianą płachtę przeciwdeszczową, a posłanie budowano z naturalnych materiałów. Podstawową, główna zaś różnicą polegała na tym, że w klimacie umiarkowanym w przeciwieństwie do zestawu współczesnego zestaw dawny wymagał płonącego ogniska, aby można było w cieple przespać noc. Ile jednak ważył taki zestaw z kocem i brezentem? Wiemy, że spać się dało, wymagało to najczęściej płonącego ogniska, jednak o jakiej wadze mówimy? Czy ultralekki zestaw z XIX wieku, czy starszy, ważył np. dziesięć kilogramów? Dwadzieścia? A może pięć?

Nessmuk w swojej książce przedstawia zestaw ważący na prawdę niewiele, ledwie kilka kilogramów, który nosił w małym, osiemnastolitrowym, płóciennym plecaku. Należy jednak brać poprawkę na to, że George Sears był człowiekiem niewysokim, drobnym, jego ubiór miałby dziś rozmiar S, lub nawet XS… Ponadto, swoją książkę pisał już jako człowiek starszy, podając wagę ekwipunku raczej w przybliżeniu i z pamięci, a nie z dokładną aptekarską wagą.

Ile więc może ważyć ekwipunek współczesnego przeciętnego mężczyzny, powiedzmy o wzroście metr osiemdziesiąt i osiemdziesięciu kilogramach wagi? Czy możliwy jest tradycyjny zestaw na lato, który spełniłby (dość arbitralny) wymóg około pięciu kilogramów wagi plecaka bez jedzenia i wody?

Trapiony powyższym postanowiłem to sprawdzić. Był marzec 2017 roku, w Polsce przedwiośnie, ruszyłem więc na południe Europy na dwa tygodnie spać pod gołym niebem i cieszyć pięknym klimatem Krety, wolnością, duchem dawnej przygody i lekkością ekwipunku. Na postawione pytanie mogę odpowiedzieć twierdząco: możliwy jest pięciokilogramowy zestaw w starym stylu.

Worek bawełniany (około 20 litrów): 363 g
Arafatka: 223 g
Manierka aluminiowa (2 litry): 373 g
Butelka stalowa (0,8 litra): 228 g
Pałatka: 1153 g
Koc wełniany: 1520 g
Kurtka skórzana: 895 g

Razem: 4755 g

Do tego doszły dwie puszki po konserwach, nóż kuchenny, smolna szczapka, ścierka bawełniana, sznurek, scyzoryk Opinel i stelaż plecaka, wykonany z trzciny Arundo. Arundo (lasecznica trzcinowata) waży około jednego grama na centymetr, więc stelaż ważył sto kilkadziesiąt gramów, nie więcej. Całość zamknęła się w okolicach 5,5 kg.

Na sobie (czego nie wliczam do kalkulacji) miałem fińskie oficerki, spodnie wełniane, koszulę bawełnianą, sweter wełniany, drugą arafatkę, kapelusz słomkowy i beret.

Jak sprawował się cały zestaw? Wyśmienicie. Wymagał co prawda nazbierania chrustu do wykonania materaca, ale spało się smacznie, a nocne temperatury 10 do 15 stopni C nie wymagały ogniska. Sweter i koc wystarczały.

Czasem padał deszcz, czasem bardzo mocno wiało, ale oberwania chmury nie było. Pałatka sprawdziła się i w marszu i na noclegu. Nie jestem pewien, jak sprawy potoczyłyby się podczas silnej burzy czy sążnistej ulewy.

Wszystko i tak sprowadza się do przygody i doświadczenia. Aromat ziół, nocne pohukiwania syczków, trzask obozowego ogniska i smak żywicznej Retsiny zostały w pamięci na zawsze. Żywioły: ogień, wiatr, woda i ziemia były bliskie jak nigdy. Czy byłoby tak, gdybym pojechał w marcu 2017 roku na Kretę z nowoczesnym namiotem i śpiworem? W pewnym sensie podobnie, jednak oprawa jaką daje  klimatyczny stary sprzęt, wynikające z tego ograniczenia i wyzwania, jest smakiem samym w sobie. Piątym żywiołem.

Weekendowy biwak w starym stylu?

weekendówka - Copy (1)

Zdarza Wam się czasem włóczyć po lasach albo nawet obozować w starym stylu? A może choćby o tym marzycie? Ja marzę i mi się zdarza, szczególnie latem. Kocham ruszyć na łono przyrody z kawałkiem chleba i sera, zdrzemnąć się pod rozłożystym dębem, przejść bez pośpiechu kilkanaście kilometrów, by w końcu spędzić noc przy malutkim ognisku, okryty wełnianym kocem.

Jeśli do tej pory biwakowaliście tylko ze współczesnym sprzętem, to klimat polskiego lata jest na tyle łagodny, że daje możliwość eksperymentowania z ubiorem i wyposażeniem. Można z czystym sumieniem zostawić zaawansowany sprzęt w szafie i ruszyć w las jak dawni bohaterowie. Poczuć się jak Nessmuk, Włóczykij, Bilbo Baggins, czy Huckelberry Finn. Daje to ogromną frajdę, a gdy człowiek zmarznie czy przemoknie (bo oczywiście może się to zdarzyć), nie będzie w sercu bezkresnej dziczy, a najwyżej kilka kilometrów od najbliższej stacji benzynowej z gorącą kawą i hotdogami. Warto więc do zestawu dodać banknot 😉

Nie dajcie sobie wmówić, że taki sprzęt musi ważyć wiele kilogramów, szczególnie jeśli będzie skrojony na sierpniowy weekend w Polsce. Tutaj zawartość mojego plecaka, ważąca w całości około 5 kg.

  • Płócienny plecak 0,5 kg
  • Pałatka (wczesny model, kwadratowa) 1,2 kg
  • Koc wełniany 1,5 kg
  • Chusta 0,3 kg
  • Sweter 0,5 kg
  • Sarnia skórka (jako materac do spania) 0,5 kg
  • Butelka stalowa 0,3 kg
  • Scyzoryk, sznurek, zeszyt, kubek, łyżka, latarka, kompas, maść na komary, chustka – wszystko łącznie kilkaset gramów.

Howgh!